26 kwietnia 2016

,,Gwiazda na życzenie - Nicolas Gaitan"


Dzisiaj pod lupę trafia jeden z najlepszych argentyńskich skrzydłowych- Nico Gaitan. Zawodnik ten jest niezwykle kreatywny, na dodatek to lider zespołu Benfiki Lizbona. Obecne sukcesy pozwalają stawiać go na piedestale, ale jak wyglądały jego początki?
Jak każdy nastolatek z Ameryki Południowej, również i on marzył o karierze piłkarskiej. Chłopiec urodzony w San Martin, na początku 2007 roku trafił z juniorów Boca Juniors do rezerw. Wrażenie jakie wywarł na trenerach było na tyle duże, że pozwoliło awansować do kadry pierwszej drużyny. Po dołączeniu przez sztab, powoli wprowadzano go do Argentyńskiej Ekstraklasy, aż w końcu zaczął grać regularniej w klubie z Buenos Aires. Już wtedy widać było, że lewonożny gracz posiada rozszerzony wachlarz możliwości technicznych. W systemie 1-4-3-1-2 zaczynał jako lewy pomocnik, mający przed sobą tercet Riquelme - Palacio - Palermo. Czasami dostawał szansę na pozycji dowodzącego atakami, czyli rozgrywającego, zajmowanej przez legendarnego Riquelme. Zainteresowanie osobą Gaitana zaczęły przejawiać znane marki europejskie.
W lipcu 2010 roku zasilił szeregi Benfiki. Do Lizbony trafił za 8,40 mln euro. Został naturalnym zastępcą Angela Di Marii, sprzedanego do Realu Madryt. W pierwszym sezonie u Jorge Jesusa, zajmował pozycję lewo i prawoskrzydłowego. Wraz z Eduardo Salvio byli odpowiedzialni za dostarczanie piłek Oscarowi Cardozo, czy też Brazylijczykowi Limie. Dało to efekty w postaci dwóch finałów Ligi Europy z rzędu. Triumfy na krajowym podwórku nie osłodziły przegranych z Chelsea, a także z Sevillą. Po raz pierwszy Nico przyczynił się do mistrzostwa Portugalii w sezonie 13/14, a w następnym udało się je skutecznie obronić.
W obecnych rozgrywkach Ligi NOS, Orłom znowu wiedzie się dobrze. Warto prześledzić metamorfozę jaką przeszedł Gaitan po przyjściu na ławkę trenerską Ruiego Vitorii. Argentyńczyk znany przede wszystkim z cech zwinnego i piekielnie szybkiego zawodnika, zmienił się w reżysera gry portugalskiej ekipy i wciąż się rozwija. U obecnego szkoleniowca ma więcej swobody, w zasadzie robi co chce. Jeśli chodzi o zadania defensywne to drużyna ma z niego tyle pożytku co Barcelona z Leo Messiego. Właściwie jest nieobecny, tylko czyha aż ktoś z zespołu odbierze piłkę i pośle ją do niego. Z futbolówką lubi ścinać ze skrzydła do środka, a także wypuścić ją sobie na wolne pole i czekać na wbiegających partnerów, kątem oka obserwując ich ruchy. Jego rajdy sieją popłoch w szeregach obronnych przeciwnika, a defensorom potrafi też namieszać w głowach. Nie przypadkiem w obecnym sezonie w 23. spotkaniach ligowych ma 14 asyst. Z podań skrzętnie korzysta Jonas, który wciąż walczy o Złotego Buta, przyznawanego najlepszemu strzelcowi w Europie.
Jego solidne występy pomogły awansować Benfice do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. W ośmiu meczach strzelił cztery gole i zanotował trzy asysty. Tym samym wysyła znaki opiekunowi Albicelestes. Gerardo Martino na pewno rozważa zabranie Gaitana na tegoroczny turniej Copa America. 28-letni skrzydłowy zadebiutował w barwach swojego kraju w 2009 roku. Na swoim koncie ma 12 występów, w których strzelił dwie bramki. Dla porównania, obdarzony nieco większym talentem Di Maria, w 72. meczach uzbierał 16 trafień. Nie może dziwić reprezentacyjny dorobek obu playmarkerów, ponieważ nieco gorsza kopia gracza PSG to właśnie Nicolas Gaitan.

25 marca 2016

,,Historie (nie)zapomnianych klubów - Parma"


Każdy kibic znający się na futbolu, wie że miejsce Parmy jest w Serie A. Po ogłoszeniu bankructwa w zeszłym roku, niestety już tak nie jest. Fani Crociatich mogą ze świecą szukać i wypatrywać czasów, kiedy to ich drużyna biła się o mistrzostwo Włoch. Ostatnie dwadzieścia lat to symbol wzlotów i upadków Gialloblu.

Klub powstał 27 lipca 1913 roku jako Verdi FC. Nazwa była hołdem dla znanego kompozytora, Giuseppe Verdiego, urodzonego w tym mieście. Pod koniec tego samego roku, zmieniono szyld na Parma FC. Mecze są niezmiennie rozgrywane na stadionie Ennio Tardini aż do dzisiaj. Barwy pozostają takie same, niebiesko-żółte.

Do lat sześćdziesiątych, Parma balansowała między Serie B, a Serie C. Pod koniec dekady spadła z trzeciej ligi i zaczęła tułaczkę po niższych klasach już jako Parma AC.
Odbudowa nastąpiła w latach osiemdziesiątych, gdy drużynę objął Arrigo Sacchi i wprowadził ją do drugiej ligi. Trener, który swoje największe sukcesy święcił z Milanem, jest stawiany jako wzorzec przez Carlo Ancelottiego. Szkoleniowcy uważani za jednych z najlepszych na świecie posiadają swoje wzory do naśladowania, dla przykładu dla Pepa Guardioli mistrzem w tym fachu jest Marcelo Bielsa.
Czas świetności przypadł na lata dziewięćdziesiąte. Zespół przejął Nevio Scala i od razu wprowadził go do Serie A. Parma stała się solidną drużyną. W 1992 roku sięgnęła po Puchar Włoch. Również w Europie zaczęły przychodzić sukcesy. Najpierw w 1993 roku udało się wygrać Puchar Zdobywców Pucharów i Superpuchar Europy, a dwa lata później Ducali zdobyli Puchar UEFA, po zwycięstwie z Juventusem w finale. W składzie znajdowały się takie postacie jak Dino Baggio, Gianfranco Zola czy Faustino Aspirilla. Najlepszy sezon ligowy w historii miał dopiero nadejść. Pod wodzą Carlo Ancelottiego, Parma w sezonie 1996/1997 przegrała tytuł z Juve dwoma punktami. Ekipa rosła w siłę, już wtedy w składzie byli m.in. Buffon, Cannavaro, Thuram, Chiesa czy Crespo. Ich przyszłość jest doskonale znana przez fanatyków tego sportu. Trzech pierwszych grało razem dla Starej Damy przez kilka lat. Tylko Gianluigi Buffon dalej występuje w Bianconerich i jest legendą. Znakomity golkiper pobił w niedzielę rekord bez puszczonej bramki w Serie A i wynosi on teraz 973 minuty.
Najlepszy rok w historii klubu to 1999. Wtedy podopieczni Alberto Malesaniego dodali do klubowej gabloty trzy trofea. W finale Pucharu UEFA rozbili w pył Olympique Marsylia 3:0. Bramki strzelili Crespo, Vanoli i Chiesa. Sezon spędzony w Parmie przez jednego z moich ulubionych piłkarzy, Juana Sebastiana Verona, okazał się więc udany i zarazem sprzedaż jego czy też Hernana Crespo była nieunikniona. Otrzymano za nich niemałe pieniądze. Jednak sukces oznacza również zwiększenie kosztów, aby utrzymać jakość. Przeradza się to w długi i tego doświadczyła Parma.
Niebiesko-żółci w pamiętnym sezonie po raz drugi w historii zdobyli Coppa Italia, a także dorzucili triumf w Superpucharze Europy. W ten sposób spięli klamrą osiągnięcia z dwudziestego wieku. Kolejna dekada nie wyglądała już tak kolorowo. Jedyne poważniejsze trofeum to Puchar Włoch - trzecia i zarazem ostatnia edycja, w której gracze Gialloblu okazali się nie do pokonania na krajowym podwórku. Później były pamiętne boje z Wisłą Kraków w Pucharze UEFA, rosnący talent Adriano i kłopoty właściciela Parmy. Tak można podsumować to w skrócie, bo Calisto Tanzi, który założył w tamtym czasie jedną z największych włoskich firm, odnotował spektakularne bankructwo. W koncernie żywieniowym Parmalat wykryto dziurę budżetową w wysokości 14,5 mld euro. Sam Tanzi został za to skazany na 18 lat więzienia. Kibice zasiadający na Ennio Tardini chyba również są zdania, że dobrze mu tak, ponieważ powinien odpokutować to co zrobił drużynie, która znaczyła coś w Europie.
W 2004 roku powtórnie zmieniono nazwę na Parma FC. Odczuwano skutki sowicie nagradzanych piłkarzy i zarazem przepłacanych. Dużo pieniędzy wyrzucono w błoto na transferowe niewypały. Sytuację finansową podreperowała nieco sprzedaż Alberto Gilardino do Milanu za 25 mln euro. Sezon 07/08 zakończył się spadkiem do Serie B, jednak już po roku udało się wrócić na najwyższy szczebel rozgrywek. W następnych latach ledwo wiązano koniec z końcem, lecz udało się nawet zająć szóste miejsce, gwarantujące udział w Lidze Europy. Do startu w niej nie doszło, gdyż nie spłacono w terminie zaległości finansowych, co spowodowane było biurokratycznymi procedurami. Po tym wydarzeniu sprzedaż klubu zapowiedział prezes Tommaso Ghirardi.
Minął już rok odkąd sąd ogłosił upadłość klubu. W związku z tym warto prześledzić aktualną sytuację Parmy. Zajmuje ona pierwsze miejsce w Serie D, mając w dorobku 78 punktów po 32. kolejkach. Gra w lidze z takimi 'potęgami' jak Sammaurese czy Mezzolara, na pewno chluby nie przynosi. Miejmy nadzieję, że sytuacja, która obecnie ma miejsce wpłynie zdrowo na przyszłą politykę zespołu i na nowo postawi ten zasłużony klub na nogi.

09 marca 2016

,,Gwiazda na życzenie - John Stones"

Dzisiaj kilka słów o talencie czystej wody, jakim niewątpliwie jest John Stones. Angielski stoper rośnie nam na zawodnika światowej klasy. Z miesiąca na miesiąc czyni postępy i być może zobaczymy go w wyjściowej jedenastce Synów Albionu na Euro 2016. Bo to, że do Francji pojedzie jest niemal pewne. Tylko kataklizm, a w zasadzie kontuzja jest w stanie przeszkodzić mu we wzięciu udziału w swoim pierwszym wielkim turnieju.
Harmonijny rozwój
Stones urodził się 28 maja 1994 roku w Barnsley i jest wychowankiem klubu z tego miasta. Do pierwszego zespołu trafił w lipcu 2011 roku, przenosząc się z drużyny juniorów U-18. W grudniu tego samego roku podpisał swój pierwszy profesjonalny kontrakt. Natomiast 17 marca zadebiutował w Championship, w przegranym meczu z Reading. Dobra gra nastolatka zwróciła uwagę możniejszych. Gracz mierzący 1,88 m, w 2013 roku postanowił zrobić kolejny krok do przodu w swojej karierze. 31 stycznia związał się pięcioletnim kontraktem z Evertonem, który za transfer zapłacił 3 miliony funtów i z pewnością nie żałuje tej inwestycji. Obecna szacunkowa wartość 21-latka to około dziesięć razy tyle.
Debiut w zespole z Liverpoolu przypadł na potyczkę w drugiej rundzie Pucharu Ligi ze Stevenage. Spotkanie na Goodison Park, które odbyło się 28 sierpnia 2013 roku, zakończyło się zwycięstwem gospodarzy 2-1. Pierwszy mecz ligowy w niebieskiej koszulce rozegrał nieco dwa tygodnie później. 14 września występ z Chelsea uczcił wygraną 1-0.
Five stars for this defender
Nowa umowa, podpisana 7 sierpnia 2014 roku oznaczała dla Johna sporą podwyżkę i gwarantowała mu 30 tysięcy funtów na tydzień. Działacze Evertonu doskonale zdawali sobie sprawę, że to gracz z wysokiej półki. O tym, że warto aby był sowicie nagradzany, może świadczyć nominacja do nagrody Złoty Chłopiec za rok 2014. Ostatecznie zgarnął ją piłkarz rywala zza miedzy, Raheem Sterling.
W lipcu, gdy zaczynał się sezon 2015-2016, zainteresowanie Johnem Stonesem wyrażała londyńska Chelsea. Jednak trzy oferty, w tym najwyższa opiewająca na 30 milionów funtów, zostały odrzucone. W dalszym ciągu tworzy parę środkowych obrońców The Toffees wraz z Philem Jagielką. W tym sezonie zgromadził 21 ligowych występów.
Młodzieniec z Barnsley zaliczał regularne występy w angielskich młodzieżówkach, aż do momentu kiedy powołanie przysłał Roy Hodgson. Debiut w seniorskiej reprezentacji zanotował 30 maja 2014 roku w meczu towarzyskim z Peru na Wembley. 2015 rok zakończył z trzema występami dla kadry narodowej, łącznie ma ich w dorobku siedem. Anglicy mogą spać spokojnie, ponieważ mają stopera na lata i będzie on jednym z najlepszych na świecie. Jego potencjał wyceniam na pięć gwiazdek. Na pięć możliwych, oczywiście w mojej skali. Ale żeby myśleć o klubowych sukcesach, prędzej czy później winien przenieść się do Manchesteru lub Londynu. Inaczej może się okazać, że więcej trofeów zdobędzie w międzynarodowych rozgrywkach, niż jak w barwach Evertonu.

26 lutego 2016

,,Wspomnień czar- Polska vs. Portugalia (Chorzów 2006)"

O najlepszym meczu Polaków w XXI wieku


Witam. Naszło mnie na napisanie kolejnego felietonu wspomnień. Tym razem opowiem o tym co wydarzyło się w pewien październikowy wieczór już blisko 10 lat temu...
Eliminacje Euro 2008 zaczęliśmy od porażki 1:3 z Finlandią u siebie. Po remisie z Serbią 1:1 i wyjazdowej męczarni z Kazachami, nadeszła kolej na starcie z portugalskim dream teamem. Ostatnimi sukcesami drużyny prowadzonej przez Luiza Felipe Scolariego było czwarte miejsce na niemieckim mundialu oraz wicemistrzostwo Europy po przegranej z Grekami w finałowej potyczce na Estadio da Luz w Lizbonie.
Do spotkania przystępowaliśmy w roli Dawida, natomiast goście w roli Goliata. 11 października 2006 roku graliśmy po raz pięćdziesiąty w roli gospodarza na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Jak się potem okazało, okrągły jubileusz nasza reprezentacja uczciła zwycięstwem, którego zupełnie nikt się nie spodziewał.

PolskaPortugalia
Eliminacje do ME 2008 · Stadion Śląski (Chorzów) · 11 października 2006 · godz. 20.00 ·
Widzów: 40 000 ·Sędzia: Wolfgang Stark
Flag of Poland (bordered).svg
2 - 1
(2-0)
Flag of Portugal.svg
Smolarek (9,18)
Nuno Gomes (90+1)
Wojciech Kowalewski
Paweł Golański
Jacek Bąk
Arkadiusz Radomski
Grzegorz Bronowicki
Jakub Błaszczykowski
Mariusz Lewandowski
Radosław Sobolewski
Euzebiusz Smolarek
Maciej Żurawski
Grzegorz Rasiak
Ricardo
Miguel
Ricardo Carvalho
Ricardo Rocha
Nuno Valente
Petit
Costinha
Simao Sabrosa
Deco
Cristiano Ronaldo
Nuno Gomes

Trener: Leo Beenhakker
Trener: Luiz Felipe Scolari
Kartki: Wojciech Kowalewski
Kartki: Simao Sabrosa, Ricardo Rocha

W siedmiu poprzednich konfrontacjach, czterokrotnie schodziliśmy z boiska pokonani. Raz padł remis - w Warszawie w 1978 roku, kiedy to Kazimierz Deyna zdobył gola wkrętką z rzutu rożnego, a kibice zgromadzeni na Stadionie Dziesięciolecia wygwizdywali go. Dwukrotnie udało nam się zwyciężyć. W 1976 r. w Porto, za sprawą dwóch bramek Grzegorza Laty, natomiast 10 lat później na MŚ w Meksyku. Jedyne trafienie w meczu w Monterrey zanotował ś.p. Włodzimierz Smolarek.

W spotkaniu, które odbyło się 2006 roku to my dyktowaliśmy warunki. Stworzyliśmy sobie o wiele więcej okazji niż portugalczycy. Co tu dużo mówić, myślę że sam skrót jest wymowny.

https://www.youtube.com/watch?v=oGo6OO3nb5g
Komentowali Dariusz Szpakowski i Grzegorz Mielcarski.

To my rozdawaliśmy karty, a w porównaniu do wygranej z Niemcami, więcej operowaliśmy piłką. Dwa gole Ebiego Smolarka odzwierciedlały przewagę. Co ciekawe, było co najmniej kilka sytuacji do podwyższenia wyniku. Niestety, piłka nie chciała już więcej wpadać do bramki strzeżonej przez Ricardo...
Od tego meczu zaczął się marsz w górę w tych eliminacjach. Leo Beenhakker po raz pierwszy wprowadził nasz zespół do Mistrzostw Europy. W tym roku będzie dane nam wystąpić na Euro po raz drugi po udanej fazie kwalifikacyjnej.

08 lutego 2016

,,Gwiazda na życzenie - Paulo Dybala"



Piłkarz urodzony 15 listopada 1993 roku w Laguna Larga, jest obywatelem zarówno Argentyny jak i Włoch. Do tej mieszanki dodam również fakt, że jego dziadek Bolesław mieszkał w Polsce, a konkretniej w Kraśniowie (woj. świętokrzyskie). Przez pewien czas było głośno na temat powołania Paulo do polskiej reprezentacji, jednak ten w pewnym momencie odniósł się do spekulacji - podziękował i grzecznie odmówił. O początkach jego kariery, przeszkodach, które napotykał na swojej drodze oraz szczęśliwemu splotowi wydarzeń, napiszę właśnie w tym artykule.

Bolesław Dybała, w trosce o bezpieczeństwo swojej rodziny podczas II wojny światowej, udał się na emigrację do Argentyny i stał się Boleslawem Dybalą. Najmłodszy syn jego córki urodził się jako Paulo Dybala i tak już się wszędzie przyjęło. Dziadek zmarł kiedy jego wnuk miał 4 lata, więc mógł go znać jedynie ze zdjęć i opowieści. Bliżej było mu do babci wywodzącej się z Neapolu. Rodzice okazywali mu specjalne względy, jako że był najmłodszym członkiem rodziny. Natomiast ojciec marzył, aby chociaż jeden z synów został w przyszłości zawodowym piłkarzem. Dwóm starszym braciom: Gustavo i Mariano, nie udało się zrobić zawrotnych karier, przed Paulo szansa na to stanęła szerokim otworem. Już jako 10-latek został zawodnikiem Instituto de Cordoba. Klub miał swoją legendę, związaną z Mario Kempesem - najmłodszym strzelcem gola w lidze w całej kampanii Instituto. Rekord pobił 17-letni Dybala.
Na każdy trening i mecz dojeżdżał 50 kilometrów, godzinę w jedną i godzinę w drugą stronę samochodem. Ojciec pomagał mu i brał na siebie obowiązki kierowcy, ale komplikacja sytuacji nastąpiła wtedy, gdy zaczął chorować na raka trzustki. Gdy osierocił synów, Paulo był 15-latkiem. Do dziś powtarza w wywiadach, że śmierć ojca to najgorsze co spotkało go w życiu. Załamany nie ruszał się z Laguny, pół roku spędził w pobliskim zespole. Jednak działacze klubu z Cordoby nie zapomnieli o swoim wychowanku, przeżywającym trudny okres. Zaproponowali mu internat z opieką i wyżywieniem, a chłopiec na to przystał.
W argentyńskiej ekstraklasie nie zdążył wystąpić. Skauci Palermo, świetnie zorientowani na południowoamerykańskim rynku (to samo tyczy się Udinese i FC Porto), namierzyli go na swój radar. Za 19-latka z drugiej ligi zaproponowano 12 mln euro, rozłożone w ratach. Z chłopca zmienił się w w mężczyznę, choć nadal bardzo szczupłego, którego godziny ćwiczeń na siłowni nie zamieniły w atletę. Uczył się powoli, rozkręcał w takim samym tempie. Zdecydowanie za wolno jak na miliony, które kosztował. W sezonie 2012-2013 Palermo chyliło się ku zapleczu Serie A, a Dybala nie potrafił temu przeciwdziałać. Dodatkowo trapiły go kontuzje. Grając w Serie B szło mu zdecydowanie lepiej, nabrał doświadczenia i pewności siebie. Uzbierał 5 bramek, a drużyna z Sycylii powróciła do elity. W poprzednim sezonie uzyskał 13 trafień i 10 asyst. Dziennikarze zaczęli wtedy pisać, że jest piłkarzem kompletnym, a technika i szybkość to jego największe atuty. Grał jak z nut, stąd wzięła się klauzula odejścia w jego kontrakcie, wynosząca 42 mln euro. Cała wartość Paulo opiera się na lewej nodze, która głównie podaje, drybluje oraz strzela.
Chętnych na jego usługi nie brakowało. Niespodziewanie to Juventus uprzedził konkurentów i zapewnił sobie przyszły transfer już w maju. Na konto drużyny z południa Włoch wpłynęło 40 mln euro (32 do wypłacenia w ciągu czterech lat, a 8 to bonusy). Jego zarobki sięgają 2,5 mln euro rocznie. Kontrakt podpisał na 5 lat, przywdziewając w Juve numer 21, tak jak kiedyś robili to Zidane czy Pirlo. Zadebiutował w wygranym 2:0 meczu z Lazio w Superpucharze Włoch, w którym strzelił drugiego gola. W obecnym sezonie w 23 ligowych grach strzelił 14 bramek, co daje średnią jednego gola na 122 minuty. Poza tym dołożył do tego dorobku 8 asyst. Jeśli chodzi o reprezentację Argentyny, Dybala pierwszy występ odnotował w spotkaniu eliminacyjnym Mistrzostw Świata 2018, zakończonym bezbramkowym remisem z Paragwajem. Dotychczas trzykrotnie zakładał koszulkę Albicelestes w meczach międzypaństwowych. Na razie nie może liczyć na regularne występy ze względu na bardzo mocną konkurencję Aguero, Higuaina czy Icardiego. Myślę, że już na MŚ 2022 zobaczymy duet napastników Dybala - Vietto, o ile obydwaj udowodnią swoją wartość ciężką pracą.

19 stycznia 2016

,,Historie (nie)zapomnianych klubów - wielkie Deportivo"



La Coruńa, miasto w północno- zachodniej Hiszpanii. Zamieszkuje w nim około 250 tys. osób. Pierwsze ślady osadnictwa w rejonie pochodzą z czasów przed rzymskich i umiejscowione są przy ulicach de Coruña i de Ferrol. Wojska Juliusza Cezara dotarły tu około 62 r. p.n.e. i nazwały osadę Brigantium. Rozkwit miasta nastąpił w II wieku, kiedy została zbudowana latarnia morska zwana Wieżą Herkulesa. Jest to najstarsza działająca latarnia morska na świecie. Poza tym to duży port handlowy i rybacki.
W 1906 roku oficjalnie założone zostało Deportivo de la Sala Calvet. Pierwszym prezydentem był Luis Cornide. Dwa i pół roku później król Hiszpanii- Alfonso XIII przyznał klubowi status "królewski" i sam został jego honorowym prezydentem. Od tego momentu klub nazywa się Real Club Deportivo de La Coruńa.
W sezonie 1940/1941 biało-niebiescy po raz pierwszy awansowali do Primera Division. Stało się tak po pokonaniu Murcii 2:1, a każdy z graczy dostał za to 2000 peset (20 euro). W 1945 r. drużyna spadła do drugiej ligi, ale już po pięciu latach uzyskała wicemistrzostwo kraju. W finale Deportivo przegrało z zespołem Atletico Madryt. Klub znajdował się w kiepskiej kondycji finansowej, wskutek czego nie było mowy o kolejnych sukcesach. Po spadku do drugiej ligi Depor balansowało między Segunda, a Terceta Division. W 1988 roku prezydentem wybrany został Augusto Cesar Lendoiro. Dług sięgał wtedy 4 mln euro. 
Po powrocie do najwyższej dywizji nastały lepsze czasy. Stało się tak od sezonu 89/90. W 1992 r. kontrakty z ekipą podpisali Bebeto oraz Mauro Silva. W pierwszym swoim sezonie, brazylijski snajper grając dla Deportivo, odebrał nagrodę Pichichi dla najlepszego strzelca ligi. Wtedy też Depor ulokowało się w La Lidze na trzeciej pozycji. Następne dwa lata to lokata wyżej w ligowej tabeli na finiszu rozgrywek. Po raz pierwszy udało się wygrać Copa del Rey. 10 czerwca 1995 Arsenio Iglesias przestał być trenerem Deportivo. Zastąpił go Walijczyk John Benjamin Toshack. W latach 1996/1997 podpisano 7-letni kontrakt z Canal+. Gwarantowało to 135 mln euro przychodów z transmisji. 
W kolejnym sezonie przybyli Djalminha i Luizao, a odeszli Rivaldo oraz Miroslav Djukić. W 1999 roku prezydent Lendoiro zatrudnił trenera Javiera Iruretę. Był to początek nowej ery w klubie.  Irureta dostał czas na zbudowanie potęgi i stosunkowo szybko mu się to udało. 
Otwarcie millenium to doskonały okres dla zespołu z Galicji. Jedyny czempionat- mistrzostwo Hiszpanii, udało się wywalczyć właśnie wtedy. Przed sezonem za 8,5 mln euro do kadry dokoptowano Roya Makaaya czy też obecnego trenera, a niegdyś prawoskrzydłowego- Victora Sancheza. 21 listopada 1999 r. ekipa z La Corunii wylądowała na szczycie ligowej tabeli. Później nastąpił dołek formy, o czym świadczy osunięcie się w ligowej stawce oraz odpadnięcie w dwumeczu z Arsenalem Londyn w Pucharze UEFA. Jednak 69 punktów i 22 goli Makaaya wystarczyło do upragnionego triumfu w rozgrywkach krajowych. Tytuł przyznano 19 maja 2000 roku, a 200 tysięcy ludzi rozpoczęło fetę na ulicach La Corunii. Co ciekawe, wspomniane 69 oczek nie było najlepszym osiągnięciem Deportivo w Primera Division. W sezonie 1996/1997 uzbierało ich 77, co pozwoliło zająć jedynie trzecią lokatę. Mistrzowski skład to: Songo'o- Romero, Naybet, Donato, Manuel Pablo- 'Turu' Flores, Mauro Silva, Flávio Conceiçao, Víctor Sánchez, Djalminha- Makaay. 
Poniżej zdjęcie historycznego wyczynu w dziejach Deportivo.



Po zdobytym tytule pożegnano się z Flávio Conceiçao i Pedro Pauletą. W ich miejsce kupiono trio z Atletico: bramkarza Jose Francisco Molinę (jemu słynny kołnierz w LM zafundował Marek Citko) , lewego obrońcę Joana Capdevillę (mistrza Europy z 2008 roku, znanego również z występów w Villarreal) oraz człowieka, który jest żywą legendą klubową- Juana Carlosa Valerona (środkowego pomocnika i dyrygenta gry). Bajeczny technik, grający 10-15 lat temu na swoim najwyższym poziomie- jak dla mnie był on połączeniem Iniesty i Pablo Aimara. Przyszli też dwaj napastnicy- Walter Pandiani i Diego Tristan. Okazały się to kapitalne wzmocnienia. Popisowa partia tego duetu rozegrała się w domowym meczu z PSG. Francuzi prowadząc do przerwy na Riazor 3:0, przegrali 3:4, a hat-trickiem mógł się poszczycić Urugwajczyk Pandiani. Deportivo po pokonaniu AC Milan dostało się do ćwierćfinału, ale tam musiało uznać wyższość Leeds. Sezon został zwieńczony wicemistrzostwem. 
Następny rozpoczął się od pozyskania lidera środka pola, Sergio i dwóch graczy na lewą stronę- Hectora oraz Amaviski. W Lidze Mistrzów dwukrotnie udało się ograć Manchester United- 2:1 u siebie i 3:2 na wyjeździe. Dzięki dwóm zwycięstwom i aż czterem remisom, biało-niebiescy wyszli z grupy z pierwszego miejsca. Kolejna faza to dwumecze z Bayerem Leverkusen, Arsenalem i Galatasaray. Znowu 10 punktów, tym razem jednak za Aptekarzami. W ćwierćfinale nastąpił definitywny koniec przygody po wyeliminowaniu przez... MU. 0:2 i 2:3, te wyniki nie pozwoliły Depor przejść dalej i powalczyć o historyczny sukces. A tymczasem w rodzimych zmaganiach, skończyło się znów na drugiej lokacie, za plecami Valencii i wygranym Pucharze Króla, po doskonałym meczu z Królewskimi- 2:1 po golach Sergio i Tristana. Ten drugi to łowca pola karnego co potwierdził jego dorobek bramkowy, który zamknął się na 21. trafieniach i dał mu koronę króla strzelców. 
Realowi nie udało się w 2002 roku ugrać czegoś więcej niż w rywalizacji w Champions League. W kraju zwyciężyli w latach 2001 i 2003, a ich trzykrotny triumf z rzędu przedzieliła ekipa Nietoperzy, z liderem formacji obronnej, Robertem Ayalą czy z piekielnie szybkim Vicente. Dwa finały pod rząd, z Realem Madryt w Paryżu oraz z Bayernem Monachium w Mediolanie, mogą cechować tylko fachowca najwyższej klasy. Uważam je za największy sukces Hectora Cupera w karierze trenerskiej. Argentyńczyk po tych dokonaniach zgasł i nie wiele osób pamięta o jego zasługach dla jakiejkolwiek z prowadzonych przez niego drużyn (chociażby wicemistrzostwo Włoch z Interem). Został on zastąpiony przez Rafę Beniteza, niedawno zwolnionego z funkcji menedżera Realu. Od razu wygrał z Valencią mistrzostwo Hiszpanii i powtórzył to osiągnięcie w sezonie 03/04, kiedy do niego dołożył Puchar UEFA po zwycięskim finale 2:0 z Olympique Marsylia. 
Ale właśnie w lecie 2002 r. Deportivo ograło Nietoperzy w Superpucharze. Na Riazor ściągnięto za łączną sumę 38 mln euro trzech nowych piłkarzy: Jorge Andrade, Roberto Miguela Acunę i Alberta Luque. Z tego sezonu warto zapamiętać hat-trick Roya Makaaya w Monachium oraz... jego odejście do Bawarczyków za 19 mln. 3 miejsce na koniec, półfinał Copa del Rey i przegrana z Mallorcą oraz odpadnięcie w drugiej fazie Champions League. 9 goli Makaaya, oprócz osobistego osiągnięcia, zdało się na nic. Najlepszy pod tym względem Ruud van Nistelrooy miał ich na koncie 12. Pierwszy w grupie znowu United, ach ta ironia losu... Juventus, który zgromadził również 7 punktów (tyle samo miała też Bazylea!), znalazł się w finale, po wiktorii z ekipą Królewskich rundę wcześniej. Z Realem żółtą kartkę dostał Pavel Nedved, przez co nie mógł zagrać w decydującym starciu z Milanem na Old Traffold. Wspaniały pojedynek na karne wygrali Rossoneri, a Paolo Maldini jako kapitan mógł wznieść do góry puchar.
Przyszłoroczna edycja była najlepszym występem Deportivo w historii. W III rundzie kwalifikacji odprawiło z kwitkiem Rosenborg Trondheim, ale męczarnie były okrutne. Bez rozstrzygnięcia w Norwegii i wygrana 1:0 u siebie, ale jak to mówią- sukces rodzi się w bólach. W starciach grupowych komplet zwycięstw na swoim stadionie- 3:0 z AEK-iem Ateny, 1:0 z AS Monaco i 2:0 z PSV Eindhoven. Na wyjazdach powodziło się znacznie gorzej, tylko punkt za remis w Grecji. I to zaważyło o miejscu drugim, za plecami klubu z Księstwa. Brak rozstawienia oznaczał konieczność zmierzenia się z Juventusem. Dwa razy po 1:0 i Depor szykowało się do ćwierćfinału z inną włoską drużyną, Milanem. Pierwsze spotkanie obejrzałem w telewizji i byłem pod wrażeniem zwycięstwa 4:0. To co robili Kaka z Szewczenką wywoływało u mnie ciarki na plecach. To nie był futbol, to był kosmos! A może i Cosmos, biorąc pod uwagę fakt, że piłkę w USA rozpopularyzował inny brazylijczyk, Pele, grający kiedyś w New York Cosmos, a Ricardo Kaka występuje obecnie w Orlando City. 
Rewanż to arcydzieło w wykonaniu gospodarzy, którzy mozolnie odrabiali straty.  Poniżej skrót, który na prawdę polecam zobaczyć. Znakomity mecz, którym będzie można się szczycić latami. Półfinał to niestety druzgocąca porażka z FC Porto- ten jeden krok dzielił Hiszpanów od decydującego starcia z AS Monaco i wzięcia rewanżu za klęskę 3:8 na ich stadionie. Niestety nie dane było im zagrać na Veltins Arena. Bezbramkowy remis na Estadio do Dragao nie był zły, natomiast porażka u siebie 0:1 przekreśliła wszelkie nadzieje. Porto zwyciężyło z Monako 3:0, po golach Carlosa Alberto, Deco i Alejniczewa. Jose Mourinho po zdobyciu Pucharu UEFA i Champions League, objął stery zespołu Chelsea Londyn. Deportivo od tamtej pory zaczęło ostry zjazd w dół. Lokowało się w środku ligowej tabeli aż do sezonu 2010/2011, kiedy to nastąpił spadek do Segunda Division. Po roku tułaczki na zapleczu udało się wrócić na właściwe tory, ale tylko na moment. 19 miejsce było najgorszym w najwyższej klasie rozgrywkowej w tym wieku. Oznaczało kolejną walkę, o grę na Camp Nou z pierwszą kadrą Barcelony czy na Bernabeu z Realem, zamiast z Barcą B czy Castillą. Za pierwszym razem 91 punktów dało pewny awans, tym razem do zajęcia drugiego premiowanego miejsca wystarczyło 69 oczek. 
Przekorny los daje znać o sobie co jakiś czas. Odczuwa to także drużyna Deportivo. Raz na wozie, raz pod wozem. W poprzednich latach byli piłkarze na poziomie, jak chociażby Andres Guardado, Luis Filipe Kasmirski, czy teraz Lucas Perez, ale takiego kolektywu jaki tworzył cały zespół Deportivo 10- 15 lat temu, próżno szukać. Trzeba liczyć na zdolną młodzież oraz na politykę, która zakłada duży zarobek na najbardziej utalentowanych wychowankach. Ten sposób to okazja na redukcję zadłużenia, a w Hiszpanii jest to zaraza na wielką skalę.
Na tym kończę swoją opowieść o pięknych czasach dla Deportivo La Coruña. Dziękuję wszystkim czytelnikom za odwiedzanie mojej strony i za cierpliwość w stosunku do młodzieńca, który stara się rozwijać swoją życiową pasję.

Filmik pokazujący próbkę możliwości ikony Depor- Juana Carlosa Valerona.
https://www.youtube.com/watch?v=4jT-_xAatFo 

Jeden z najlepszych meczów Deportivo w historii- sezon 2003/2004 i rewanżowe spotkanie ćwierćfinałowe w Lidze Mistrzów z Milanem na Estadio Riazor. Pierwszy mecz na San Siro zakończony zwycięstwem Rossonerich 4:1, ten drugi miał być tylko formalnością...
https://www.youtube.com/watch?v=KPGzaS9lvUA

07 stycznia 2016

,,Niespełnione talenty- Freddy Adu, czyli jak rozmienić talent na drobne"

Za oknem śnieg, nie widziany już od prawie miesiąca oraz Święto Trzech Króli. W domu fotel, komputer i ciepła herbata, a pod lupę dzisiaj trafia jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk Football Managera. Poznajcie lub przypomnijcie sobie o Freddym Adu. Jako 14-letni chłopak był nazywany 'nowym Pele'.



Urodził się 2 czerwca 1989 roku w Temie, jako Fredua Koranteng Adu. Również wychowywał się w tym mieście położonym na południu Ghany. Gdy miał 8 lat, jego matka dostała zieloną kartę i wraz z rodziną przeniosła się do Rockville. W 2003 roku zostali obywatelami Stanów Zjednoczonych. Właśnie tam Adu uczęszczał do prywatnych szkół, a także grywał w młodzieżowych drużynach piłkarskich. Podczas jednego z turniejów U-14, na którym wybrano go MVP, wypatrzyli go skauci Juventusu i Lazio. W wieku 14 lat został wybrany w drafcie MLS przez ekipę D.C. United.
Pierwsze kroki w Major League Soccer postawił 3 kwietnia 2004 roku, stając się najmłodszym zawodnikiem w historii amerykańskiego sportu. Dwa tygodnie później strzelił swoją pierwszą bramkę w lidze. Wraz z zespołem D.C. United, trenowanym przez Piotra Nowaka, zdobył Puchar MLS. Zaliczył również świetne występy w młodzieżówce, czym zwrócił na siebie uwagę Manchesteru United czy Interu Mediolan. W 2006 roku zadebiutował w seniorskiej reprezentacji Stanów Zjednoczonych. Jego dorobek w kadrze zamknął się na 17-stu meczach, w których uzyskał 2 gole. Ostatni mecz w zespole narodowym rozegrał podczas Gold Cup 9 lipca 2009 z Hondurasem.
Następnie zaczął tułaczkę po świecie. Trafił do Salt Lake City, po czym jedyny raz w jego karierze, ktoś odważył się wyłożyć za niego gotówkę. Po przyjściu za 1,5 mln euro do Benfiki i spędzonym sezonie, został wypożyczony do AS Monaco także na rok. W ostatnich dniach letniego okna transferowego w 2009 roku, oddano go na 4 miesiące do pobliskiego Belenenses. Cały 2010 r. to epizod w Arisie Saloniki, a 6 miesięcy kolejnego- w tureckim Rizesporze. Do czerwca 2011 r. Benfika miała cierpliwość do faceta, jednakże wreszcie musiała się ona skończyć. Nieoszlifowany diament, nie robiący postępów na miarę możliwości, oddała za darmo Philadelphii Union. 24 marca 2013 r. trafił na kolejne wypożyczenie, tym razem do Bahii, ale 8 listopada z powrotem wrócił do USA. Po nieco ponad dwóch tygodniach, gdzie trenował w szeregach drużyny z Filadelfii, pożegnano się z nim bez żalu. Dopiero 25 lipca 2014 roku podpisał następny kontrakt. Jednak Freddy, który nigdzie nie spełnił należytych oczekiwań, strasznie się zniżył i być może niebawem zobaczymy go w polskiej Ekstraklasie. Jeszcze 1,5 roku temu wybrał serbską Jagodinę, by na Nowy Rok (2015) dostać newsa o rozstaniu. Pod koniec marca powiało go... do Finlandii, a konkretnie do zespołu KuPS z Kuopio. Nie wiem czy ma on pojęcie o skokach narciarskich, ale sezon dla skoczków dobiegł już końca tydzień wcześniej. Konkurs w Kuopio, który miał się odbyć 10 marca, odwołano z powodu niekorzystnej pogody i przeniesiono niewiele dalej, do Puijo. Ani nie spotkał Stocha ani nie odbudował formy, ponieważ w połowie lipca zakotwiczył w Tampa Bay Rowdies. Klub mało znany, ale jaka to ulga, że na ten moment to jego ostatni zespół!
Przykro patrzeć na to jak potoczyła się kariera 26-latka. Miał on przysłowiowe papiery na grę, ale chyba nie do końca poukładaną głowę, zapewne trafił też na nieodpowiednich ludzi. W piłce zdarzają się takie przypadki. Czy ktoś pamięta jeszcze o gwiazdkach Championship Managera, To Madeirze czy Maximie Tsigalko? Nawet Miles Jacobson, dający nastolatkowi potencjał w grze wynoszący -9, nic nie poradzi, gdy młokos trwoni talent, pieniądze, a po pięknej rubryce w Fmie pozostają tylko wspomnienia...

16 grudnia 2015

Historie (nie)zapomnianych klubów - Pogoń Lwów

Początki

We wrześniu 1899 roku, pracy w roli nauczyciela gimnastyki we lwowskim IV Gimnazjum podjął się Eugeniusz Piasecki. Starał się przekonać swoich podopiecznych do coraz to popularniejszej dyscypliny, jaką stawał się futbol. Już w grudniu utworzył pierwsze uczniowskie drużyny piłkarskie, które na wiosnę między sobą zaczęły rozgrywać mecze oraz turnieje. W 1904 roku drużyny uczniowskie przyjęły oficjalną nazwę: Klub Gimnastyczno - Sportowy IV-ego Gimnazjum. Zgodnie z nową nazwą, klub zrzeszono w ramach Towarzystwa Zabaw Ludu i Młodzieży. Był to wówczas trzeci polski zespół, w którym uprawiano piłkę nożną (po Lechii i Czarnych, czyli innych lwowskich klubach). W 1907 roku dwaj członkowie Pogoni, Karol Szajdej i Stanisław Polakiewicz dowiedzieli się z zagranicznego pisma o niebiesko-czerwonych kolorach czołowego wówczas angielskiego klubu, Evertonu F.C. z Liverpoolu. Wzorując się na najlepszych przyjęto te barwy, dodając jednocześnie kolor biały. Lwowski Klub Sportowy współdziałał przy założeniu Związku Polskiego Piłki Nożnej 25 czerwca 1911 roku. Działalność utworzyły Pogoń i Czarni Lwów, wsparte przez Cracovię i RKS Kraków. Pogoń była także współzałożycielem Polskiego Związku Piłki Nożnej (1919 r.) oraz Ligi Piłki Nożnej (1926 r.). W 1913 r. ZPPN zrzeszał aż 24 drużyny i działał do czasu wybuchu I wojny światowej. Jego prezesami byli Stanisław Kopernicki, Ludwik Żeleński oraz Ludwik Christelbauer.
Natomiast filią Pogoni w latach 1909- 1914 był JKS Jarosław, funkcjonujący pod nazwą Pogoń Jarosław. Pogoniarze są jednym z dwóch zespołów, które nigdy nie spadły z Ekstraklasy. Obok nich takim sukcesem może pochwalić się tylko Warszawianka, której sekcje piłkarskie zostały zlikwidowane w 1975 roku.

Obiekt

Jeden z najbardziej utytułowanych przedwojennych polskich klubów swoje mecze rozgrywał na stadionie koło Parku Kilińskiego we Lwowie. Budowę zainicjowano dzięki pomocy głównego sponsora, Ludwika Kuchara. Obiekt został oddany do użytku 1 maja 1913 roku, a jego pojemność wynosiła 10 tysięcy miejsc. Inauguracyjnym starciem było spotkanie z Cracovią, w którym to w barwach gospodarzy zadebiutował Wacław Kuchar, późniejsza legenda klubu i całego polskiego sportu. Zawodnik grający w barwach Pogoni w latach 1912- 1935, tuż po ukończeniu studiów na Politechnice Lwowskiej został wcielony do wojska austriackiego w 1915 roku. Jako ochotnik w stopniu podporucznika został przyjęty do Wojska Polskiego w listopadzie 1918 roku. Awansował na szczebel porucznika, a za udział w heroicznych walkach w obronie Polski i Lwowa, odznaczono go pięcioma Krzyżami za zasługi. Myślę, że krótka wzmianka historyczna o ikonie czterokrotnych mistrzów Polski jest jak najbardziej słuszna. Wielu zawodników Pogoni od listopada 1918 roku walczyło w wojnie polsko-ukraińskiej. Na liście sportowców, którzy oddali życie w walce o niepodległość znajduje się 57 członków LKS Pogoń. Co do stadionu, to od momentu powstania do 1938 r. nazywano go Stadionem za Rogatką Stryjską. 30 października 1938 r. oficjalnie nadano mu imię Marszałka Polski Edwarda Śmigłego- Rydza.
Poniżej zdjęcie Wacława Kuchara.


Powojenne zmiany

W maju tego samego roku Związek Polskich Związków Sportowych przyznał Pogoni tytuł najlepszego i najbardziej zasłużonego klubu w Polsce. Powołano w nim także inne sekcje, jak tenis ziemny (1909 r.) i stołowy (1930 r.), łucznictwo (1932 r.), saneczkarstwo (1908 r.) czy kajakarstwo (1932 r.). Po wojnie, Polacy ze wschodnich ziem zabranych znaleźli się wśród animatorów piłki nożnej na ziemiach zachodnich. W oparciu o byłych piłkarzy Pogoni odtworzono w Bytomiu, gdzie osiedliło się wielu lwowiaków- Polonię. Zespół przyjął niebiesko-czerwone barwy, a na cześć zawodników Pogoni Lwów zrobiły to również drużyny- Pogoni Szczecin, Piasta Gliwice, Odry Wodzisław oraz Odry Opole. Pogoń przestała istnieć...

Odbudowa

W styczniu 2009 r., dzięki staraniom młodych Polaków mieszkających i studiujących we Lwowie, klub został reaktywowany. Pomoc okazał Konsulat RP we Lwowie oraz Fundacja ,,Semper Fidelis", która przekazała dotację na działalność. Drużynie pomagało też istniejące już wcześniej Stowarzyszenie Sympatyków LKS Pogoń Lwów (SSPL). Na czas spotkań zaczęto wynajmować boisko Dynama Lwów, przy ulicy Janewa 10.W 2010 roku sponsorami klubu zostały firmy PZU Ukraina oraz Fabryka Farb i Lakierów Śnieżka. Pogoń wystartowała w rozgrywkach ligi okręgowej obwodu lwowskiego. Wygrała w nich i awansowała do Wyższej Ligi Obwodowej, czyli na piąty szczebel. Przez kilka lat wykreowała się współpraca z kilkoma ekipami: Chrobrym Głogów, Polonią Przemyśl, Barciczanką Barcice czy Legią Warszawa. Od stycznia br. sponsorem zespołu jest Agencja Pracy OTTO. Sezon 2015 pierwsza drużyna Pogoni zakończyła na dziewiątym, przedostatnim miejscu w IV lidze. Od 2009 roku prezesem jest Marek Horbań. Od 2012 roku pierwszym szkoleniowcem jest Ukrainiec Konstantyn Lemiszko. Również od tamtej pory stroje pierwszej drużynie dostarcza firma Colo, natomiast juniorom hiszpańska Joma. Oczywiście niezmiennie kolory obowiązujące to biały, czerwony i niebieski.
Tym samym kończę swoją opowieść o przedwojennym czterokrotnym Mistrzu Polski. Osobiście trzymam kciuki za odbudowanie tego utytułowanego klubu i życzę samych sukcesów!



Wyniki ze wszystkich sezonów Pogoni Lwów
  • 1904: powstanie klubu
  • 1912: zdobycie miana drużyny pierwszej klasy
  • 1913: 3. miejsce w mistrzostwach Galicji
  • 1914: 3. miejsce w niedokończonych mistrzostwach Galicji
  • 1920: 1. miejsce w niedokończonych mistrzostwach Lwowa
  • 1921: 1. miejsce w mistrzostwach Lwowa. 4. miejsce w mistrzostwach Polski
  • 1922: 1. miejsce w mistrzostwach Lwowa. Mistrzostwo Polski
  • 1923: 1. miejsce w mistrzostwach Lwowa. Mistrzostwo Polski
  • 1924: 1. miejsce w mistrzostwach Lwowa
  • 1925Mistrzostwo Polski
  • 1926: 1. miejsce w mistrzostwach Lwowa. Mistrzostwo Polski
  • 1927: 4. miejsce w Lidze
  • 1928: 6. miejsce w Lidze
  • 1929: 9. miejsce w Lidze
  • 1930: 7. miejsce w Lidze
  • 1931: 4. miejsce w Lidze
  • 1932: 2. miejsce w Lidze
  • 1933: 1. miejsce w grupie wschodniej, 2. miejsce w grupie mistrzowskiej Ligi
  • 1934: 6. miejsce w Lidze
  • 1935: 2. miejsce w Lidze
  • 1936: 6. miejsce w Lidze
  • 1937: 6. miejsce w Lidze
  • 1938: 5. miejsce w Lidze
  • 1939: 3. miejsce w niedokończonej Lidze
  • 2010: 1. miejsce w II lidze regionalnej obwodu lwowskiego (VI liga krajowa)
  • 2011: 7. miejsce w Wyższej Lidze obwodu lwowskiego (V liga krajowa)
  • 2012: 7. miejsce w Premier Lidze obwodu lwowskiego (IV liga krajowa)
  • 2013: 9. miejsce w Premier Lidze obwodu lwowskiego (IV liga krajowa)
  • 2014: 10. miejsce w Premier Lidze obwodu lwowskiego (IV liga krajowa)
  • 2015: 9. miejsce w Premier Lidze obwodu lwowskiego (IV liga krajowa)

01 grudnia 2015

Wspomnień czar- MŚ w Niemczech 1974...



Najlepszy i zarazem mój ulubiony turniej piłkarski, z udziałem naszej reprezentacji to Mistrzostwa Świata, które odbyły się w 1974 roku w Niemczech. Wiążą się z nim same miłe wspomnienia. Choć jeszcze wtedy nie było mnie na świecie, to w wieku dziewięciu lat byłem świadomy tego, co nasi kopacze zdziałali podczas swojego drugiego uczestnictwa w najważniejszych rozgrywkach globalnych. Skróty meczów pełnych emocji, wywołanych przez ś.p. Jana Ciszewskiego, obejrzałem po raz pierwszy podczas Euro 2004 odbywającego się w Portugalii. Byłem pod ogromnym wrażeniem poziomu zaprezentowanego przez Orłów Górskiego. Zacznijmy jednak od początku...

Amerykańskie tournee


42 lata temu ligowe rozgrywki krajowe dobiegły końca. Po zdobyciu rok wcześniej złotego medalu olimpijskiego w Monachium, amerykańska Polonia koniecznie chciała zobaczyć na własne oczy bohaterów tamtego turnieju. W czasie letniej przerwy reprezentacja Polski udała się więc na kilkunastodniową podróż za Ocean Atlantycki. Trener Kazimierz Górski nie mógł zabrać trzech poważnie kontuzjowanych graczy- Włodzimierz Lubańskiego, Zygmunta Anczoka oraz Jerzego Kraski. Swoją szansę otrzymali debiutanci: dwaj Andrzejowie, Drozdowski oraz Szarmach. Diabeł podczas pierwszego spotkania wyjazdowego zanotował debiut, który zapoczątkował jego wielką karierę na arenie międzynarodowej. 1 sierpnia 1973 roku nasz zespół pokonał w Toronto 3:1 Kanadę. Dwa gole strzelił Robert Gadocha, a jednego dołożył Jerzy Gorgoń. Ten to miał kopyto! Jednak mecz znaczył dużo więcej z innego powodu. Pierwszy raz kapitańską opaskę założył Kazimierz Deyna, który z krótkimi przerwami miał pełnić tę funkcję przez 5 lat. Dwa dni później w Chicago Polacy wygrali 1:0 ze Stanami Zjednoczonymi po golu Henryka Kasperczaka. Natomiast 5 sierpnia ograliśmy Meksyk, ponownie 1:0, tym razem po bramce Gorgonia. Mecz odbył się w Los Angeles, a po trzech dniach nastąpił kolejny, w meksykańskim Monterrey. Biało-czerwoni zwyciężyli gospodarzy 2:1, po bramkach Gorgonia i Gadochy. 10 sierpnia w San Francisco pokonali Amerykanów 4:0, dwa gole strzelił Kazimierz Kmiecik, a po jednym Szarmach i Zenon Kasztelan. Ostatni mecz międzypaństwowy podczas tego pobytu nasi rozegrali 12 sierpnia w New Britain, gdzie niespodziewanie ulegli 0:1 drużynie gospodarzy. 
Ten wyjazd wyjaśnił Górskiemu kilka spraw personalnych. Przede wszystkim z kadrą narodową pożegnał się rezerwowy bramkarz Marian Szeja oraz prawoskrzydłowy Jan Banaś. Żadnego oficjalnego meczu w pierwszej reprezentacji nie zagrali już u niego Drozdowski, Kasztelan, a także Krzysztof Rześny. Okazało się również, że na tą chwilę Jan Domarski przewyższał umiejętnościami Szarmacha, którego czas miał nadejść w Mistrzostwach Świata 74'. 
Kadra nie wróciła zza oceanu prosto do Warszawy, ponieważ miała jeszcze zakontraktowany mecz z Bułgarią w Warnie. Widząc luki w składzie selekcjoner wezwał trzech piłkarzy. I to jeden z nich zdobył obie bramki w wygranym 2:0 meczu, który odbył się 19 sierpnia 1973 roku. Napastnik Stali Mielec, Grzegorz Lato błysnął nad Morzem Czarnym kapitalną formą. Właśnie tak hartowała się drużyna przed decydującą batalią z Anglią w Londynie, która miała zadecydować o tym czy awansujemy na MŚ. Po remisie 1:1 na Wembley ta sztuka udała się naszym kadrowiczom, a po latach możemy wspominać niefortunną interwencję Petera Shiltona przy strzale Domarskiego oraz wyśmienicie dysponowanego tamtego dnia Jana Tomaszewskiego. Wtedy w Londynie zagrało dziesięciu uczestników eskapady do Ameryki Północnej oraz Lato. Tournee zakończyło się powodzeniem, owoce tego wyjazdu miały zostać zebrane następnego roku...


Trzech muszkieterów


Trzon sztabu szkoleniowego stanowili Kazimierz Górski oraz jego asystenci- Jacek Gmoch i Andrzej Strejlau. Ten ostatni poznał selekcjonera w 1964 roku, gdy ściągnął go do Gwardii Warszawa. Paskudna kontuzja pokrzyżowała jednak plany Strejlauowi, którego dzisiaj możemy oglądać na antenie TVP występującego w roli eksperta.
-Kazimierz był wizjonerem, doskonałym analitykiem, miał wyczucie, które pozwalało mu bardzo rzadko się mylić. Dla mnie Kazio był człowiekiem Wschodu, lwowiakiem, a ludzie stamtąd najczęściej obdarzeni są cechami charakteru najbardziej pożądanymi. On niesamowicie kochał ludzi, a przy okazji traktował ich niebywale poważnie. Kazimierz był mistrzem w wygłaszaniu treści oczywistych. Piłka jest okrągła, bramki są dwie, można wygrać, przegrać i zremisować. To niby banał, ale ważne jednak, jak te treści się głosi, w jakich okolicznościach i do kogo. Zawsze miał poczucie, że wszystko co się robi, można zrobić jeszcze lepiej. Ale jego najwspanialszą cechą była umiejętność rozmawiania z ludźmi - tak wspomina legendarnego trenera, pan Andrzej Streajlau.
- Mnie zdumiewała jego nieprawdopodobna wręcz przenikliwość. To nie był człowiek, którego interesowały wyłącznie trening i mecz od pierwszej do ostatniej minuty. On nami żył, my żyliśmy nim. Z dobrym skutkiem dla wszystkich. Wystarczyło, że jednemu z nas się dobitnie przyjrzał i już wiedział, co boli człowieka. Był geniuszem motywacji. Gdy któryś z nas pochwalił jakiegoś gracza z drużyny, z która mieliśmy się zmierzyć, od razu mówił, że to normalny przeciwnik. Może miał głośniejsze nazwisko, może rywale przed nim drżeli, ale nas to nie powinno obchodzić - uważa Zygmunt Maszczyk, jeden z podopiecznych Orłów Górskiego.
Ciekawostka. Co łączy trójkę trenerów? Każdy z nich, oprócz klubów polskich, prowadził również greckie. Górski oraz Gmoch byli autorami sukcesów zarówno Panathinaikosu Ateny, jak i Olympiacosu Pireus. Natomiast ścieżki życiowe Gmocha i Streajlaua, zaprowadziły obu w latach 80-tych na Nizinę Tesalską, do greckiej Larisy. Był w ich karierze trenerskiej piękny czas, w którym cała trójka podjęła się zadania wzniesienia polskiej reprezentacji na szczyt. I ta próba, co najważniejsze, powiodła im się.



MŚ 74'


16 zespołów zostało podzielonych na 4 grupy czterozespołowe. W rundzie zasadniczej mieliśmy zmierzyć się z Argentyną, Haiti, a także z Włochami. 15 czerwca 1974 w Stuttgarcie odbyło się pierwsze spotkanie. Oficjalna piłka mistrzostw Telstar, została ulokowana w bramce Argentyńczyków jako pierwsza. Najpierw w 7. minucie Grzegorz Lato, a za chwilę Andrzej Szarmach posłali dwa gongi Albicelestes. Ci złapali kontakt w 61. minucie, lecz już dwie minuty później odskoczyliśmy im, ponownie za sprawą Laty. W 67. minucie padła ostatnia bramka w meczu, w którym odnieśliśmy zasłużone zwycięstwo. 
- To był fantastyczny mecz, a niemiecka prasa pisała, że w ogóle najlepszy we wstępnej fazie grupowej. Horror w sumie, bo Argentyna ani zamierzała się poddawać i goniła wynik. Wyszło z tego 3:2 dla nas. Jeśli wtedy ktoś mówił, że sprawiliśmy niespodziankę, to później musiał zmienić zdanie- tak opisuje zwycięstwo Maszczyk. 
Przyszła pora na egzotyczne zmagania z Haiti. Dodam tylko, że za wygraną dopisywało się jeszcze wtedy dwa oczka zamiast trzech. Okazały triumf 7:0 i pewny awans do następnej rundy. Strzelcy bramek- Lato 2, Deyna, Szarmach 3, Gorgoń. Włosi także zostali pozbawieni wszelkich złudzeń. Zagraliśmy wtedy dobrą piłkę, organizacja gry stała na wysokim poziomie. Ponownie Stuttgart okazał się być dla nas szczęśliwy. Piękna główka Szarmacha oraz piekielnie mocny strzał z dystansu Deyny oznaczały dla Włochów powrót do domu.



Warte wspomnienia są dwie historie z tego meczu. Pierwsza, gdy przy strzelonym golu Deynie pękł but i musiał zmienić go w przerwie spotkania. Druga rzuca cień na postawę Roberta Gadochy. Trzydzieści lat po mundialu ustalono, że Argentyńczycy postanowili zadbać o motywację Polaków przed meczem z Włochami. Wynegocjowali oni, że każdy zawodnik i dwaj trenerzy za zakładany awans do drugiej rundy, oddadzą Polakom po tysiąc dolarów ze swojej premii. W sumie 24 tysiące dolców. Do przekazania pieniędzy zobowiązał się Ruben Ayala, który sześć tysięcy miał przywłaszczyć sobie za fatygę. Sprawa wyszła na jaw, gdy po latach Lato i Ayala zetknęli się w jednym klubie.
Polacy ostatecznie skończyli rozgrywki grupowe na pierwszym miejscu z kompletem sześciu punktów. Następnie, trafili w drugiej rundzie do grupy ze Szwecją, Jugosławią i RFN. Mecz ze Szwedami był najgorszym podczas mistrzostw w naszym wykonaniu. Jednakże potrafiliśmy wygrać po golu Laty i zażegnać chwilowy kryzys. Piłkarze ze Skandynawii mieli rzut karny, jednak Jan Tomaszewski pewnie go wyłapał. Stuttgart po raz trzeci przyniósł szczęście. Dwa kolejne spotkania rozgrywaliśmy na Waldstadion we Frankfurcie nad Menem. Z Jugosławią zwyciężyliśmy 2:1, po bramkach Deyny z karnego oraz Laty. Wynik ten pozwalał nam myśleć o pierwszym miejscu, które oznaczało grę w wielkim finale w Monachium. Niemcom wystarczał remis. Warto podkreślić, że chodzi tutaj o RFN. Przed obaleniem muru berlińskiego istniał bowiem podział na Niemcy wschodnie i zachodnie. NRD odpadło na tym samym etapie co obrońcy tytułu, Brazylijczycy. Zakwalifikowali się oni jednak do małego finału- meczu o trzecie miejsce. My z kolei musieliśmy stawiać czoła gospodarzom, na murawie przesiąkniętej wodą. Świetnie zapowiadające się widowisko zepsuła pogoda. Fatalne warunki atmosferyczne umożliwiały przełożenie meczu, jednak austriacki sędzia nie zgodził się na to. Wydarzenie opisano w książce ,,Walka o Puchar Świata. W blasku Złotej Nike 1930- 1974": ,,O godzinie 15:15 zaczęła się na głównej płycie rozgrzewka obu drużyn i w tym samym momencie lunął deszcz. W ścianie wody nie sposób było odróżnić zawodników. Polacy wytrwale biegali po boisku, lecz w końcu dali za wygraną. Zaraz potem poszli w ich ślady zawodnicy RFN. Został tylko tłum 60 tysięcy widzów, nieczuły na nic, zastygły w nadziei, że lada chwila przestanie padać. Nie przestawało. Murawa przypominała jedno wielkie bajoro, źle drenowany stadion prawie w ogóle nie przyjmował wody." W końcu zapadła decyzja by grać. Byliśmy lepsi, jednak to Niemcy Wschodnie przeszły do finału, po bramce Gerda Mullera. Wcześniej Tomaszewski obronił jedenastkę wykonywaną przez Uliego Hoenessa. Tak na prawdę najlepszymi drużynami rozgrywek były Polska i Holandia, gdyż grały najatrakcyjniejszy futbol.



W finale pocieszenia ograliśmy w Monachium Brazylię 1:0. Cofając się wstecz do kronik, można przytoczyć festiwal strzelecki Polski i Brazylii podczas MŚ w 1938 roku. Spotkanie skończyło się wynikiem 6:5 dla Canarinhos, a prym w wykańczaniu akcji wiedli Leonidas, a także Ernst Wilmowski. Tymczasem w meczu o trzecią lokatę kolejnego gola do swojego dorobku dołożył Grzegorz Lato, zostając królem strzelców z siedmioma trafieniami. Triumf w całym turnieju odniosła Republika Federalnych Niemiec, wygrywając z Holandią 2:1.
Cała kampania zakończyła się sukcesem. Przed rozgrywkami na naszych piłkarzy nikt nie stawiał, a ci zaskoczyli cały piłkarski świat. Sukcesy w postaci dwóch medali olimpijskich oraz dwóch na Mistrzostwach Świata, wydają się być poza zasięgiem na długi czas. Klamrą należy spiąć okres 10-ciu lat, które były fantastyczne dla naszej reprezentacyjnej piłki. Mieliśmy niesamowite pokolenie piłkarzy grających na przestrzeni od 1972 do 1982 roku, a do tego wybitnych trenerów (Górski i Piechniczek). Jedyne co w życiu pozostaje to wspomnienia, a tych piłkarskich powinno być coraz więcej wraz z biegiem czasu. Na koniec pokażę Wam bezcenny dla mnie suwenir. Pamiątkę, która będzie dla mnie szczególna zawsze i nieraz odświeży mi pamięć znakomitej generacji.


10 listopada 2015

,,Gwiazda na życzenie- Ruben Neves"

Latem, jak niemal co roku, skład FC Porto uległ zmianom. Smoki oddały zawodników za sumę ponad 120 mln euro, zaś nowe nabytki kosztowały ich łącznie 36 mln. Najwięcej zarobili na sprzedanym do Atletico Jacksonie Martinezie - 35 mln. Stracili także dwóch bocznych obrońców - Danilo, który przeszedł za 31,5 mln do Realu Madryt oraz Alexa Sandro, który za 26 mln powędrował do Juventusu. Większość budżetu transferowego została przeznaczona na pozyskanie z Marsylii utalentowanego pomocnika, Giannelliego Imbulę. Stanowi on trzon zespołu w środka pola wraz z wychowankiem ekipy z Estadio do Dragao. Przedstawię Wam dzisiaj profil przyszłej gwiazdy reprezentacji Portugalii - Rubena Nevesa.



Neves przyszedł na świat w Porto. Do szkółki klubu trafił w 2005 roku jako ośmiolatek, a już dziesięć lat później został kapitanem drużyny seniorskiej. Pierwszy raz głośno zrobiło się o nim 15 sierpnia 2014 roku, kiedy to w debiucie przeciwko Maritimo zdobył gola. Miał wtedy 17 lat i 5 miesięcy. Ustanowił tym samym nowy rekord w dziejach Smoków. Siedem dni po tym wyczynie został najmłodszym zawodnikiem, który zagrał w barwach Porto w LM, a przy okazji też najmłodszym Portugalczykiem, który wystąpił w tych elitarnych rozgrywkach (miesiąc starszy był Cristiano Ronaldo). W domowym meczu z Maccabi Tel Awiw, mając 18 lat i 221 dni został najmłodszym kapitanem w dziejach Champions League.W pierwszym zespole rozegrał jak dotąd 46 meczów, natomiast powołanie do kadry narodowej stoi przed nim otworem.
Jego dotychczasowa kariera jest modelowa i uosabia marzenia wielu chłopaków pochodzących z tych rejonów. Na północy kraju zapanowała prawdziwa Nevesomania. Gra on zbyt dobrze, by było o nim cicho. Zawodnik jak na swój wiek imponuje dojrzałością w grze i boiskową inteligencją.
 - Może z powodzeniem grać na pozycjach numer 6 i 8. Jego umiejętności w połączeniu ze sprytem i bardzo dobrą techniką, pozwalają na swobodną kontrolę nad piłką. Dziś jest jeszcze za wcześnie, by określić, która z pozycji w linii pomocy będzie dla niego optymalną - takimi słowami opisuje go lokalny dziennikarz Mario Silva.
W marcu skończy zaledwie 19 lat, a kibice już teraz nie wyobrażają sobie ekipy bez tego piłkarza. Cena za gracza wzrasta z miesiąca na miesiąc. Kwota, za którą mógłby opuścić klub będzie kosmiczna. Na razie nie jest jednak na sprzedaż. Potwierdzają to słowa prezydenta klubu. - Ma z nami kontrakt do 2019, a nie jak twierdzą niektórzy do 2017 roku. Nie chciałbym nigdy sprzedawać Rubena. A ponieważ chcę go tu zatrzymać na długo, ma szansę stać się jednym z najwspanialszych kapitanów w historii Porto - przekonuje Pinto da Costa.
Kibice również wierzą, że wychowanek na lata pozostanie w drużynie ze Stadionu Smoka i pomoże jej w dołożeniu kolejnych trofeów do bogatej kolekcji. Bo tylko bajeczna oferta jest w stanie rozerwać więź panującą między Nevesem, a fanami zespołu.