17 czerwca 2017

Zaskakujący beniaminek Premier League - Huddersfield



Witam! Dobiegła połowa czerwca, która w roku nieparzystym oznacza w świecie piłkarskim jedno - piłkarze rozjeżdżają się na zasłużone urlopy. Miesiąc zaczął się od finału Ligi Mistrzów, w którym Real Madryt pokonał Juventus Turyn 4:1. Następnie poznaliśmy mistrza Polski, którym została Legia Warszawa. Ostatnie dni przebiegły pod dyktando meczów reprezentacyjnych. Rozgrywane były spotkania w grupach eliminacyjnych do Mistrzostw Świata 2018. Polacy pewnie ograli Rumunię w stosunku 3:1, a hat trickiem popisał się Robert Lewandowski. Ostatnie dwie imprezy wieńczące sezon 2016/17 to Młodzieżowe Mistrzostwa Europy do lat 21 oraz Puchar Konfederacji. Niebawem rozpocznie się nowe rozdanie. Ponownie będziemy kibicami polskich klubów w europejskich pucharach. Znów urośnie w nas cicha nadzieja na awans takiego Lecha do fazy grupowej Ligi Europy. Będziemy także śledzić jak faworyci zaczną gromadzić punkty w swoich ligach.

Jednak główny temat jaki przygotowałem na dziś to rozstrzygnięcie w lidze, która jest zapleczem tej wiodącej. Aby zagłębić się jeszcze bardziej, powiem że chodzi o Championship. 

Zespół Huddersfield Town sprawił nie lada sensację. Utarł nosa wyżej notowanemu przeciwnikowi, Reading FC, prowadzonego przez byłego obrońcę Lazio Rzym czy Manchesteru United, Jaapa Stana. Zwyciężyli w rzutach karnych decydujący mecz o wejście do Premier League. Trzy kluczowe spotkania rozegrano na Wembley.
Terierzy utarli też nosa bukmacherom, typujących Huddersfield jako kandydat do spadku z Championship. Ian Holloway, który przed otwarciem rozgrywek był ekspertem telewizji Sky, a w czasie sezonu objął stery Queens Park Rangers, rzekł: 
- Zajmą 23 miejsce i spadną. Nie widzę progresu w tym zespole, a menadżer David Wagner nie ma doświadczenia.
David Wagner urodził się w Niemczech i grał w tamtejszych klubach (Mainz, Schalke czy Darmstadt). Jako, że ojciec pochodził ze Stanów Zjednoczonych, zagrał w ośmiu meczach dorosłej reprezentacji Jankesów. W barwach Schalke odniósł największy sukces w piłkarskiej karierze, sięgając po Puchar UEFA w sezonie 1996-1997. Co ciekawe już po jej zakończeniu rozwijał swój warsztat u rywala zza miedzy, a więc w... Borussii Dortmund. Była to jego pierwsza praca w charakterze szkoleniowca. Rezerwy BVB prowadził w latach 2011-2015, a jego statystyka na kolana nie rzuca. Zespół pod jego wodzą zanotował 34,8% możliwych zwycięstw. 

Następnie Wagner zawitał w Kirklees, utrzymując drużynę w swoim pierwszym sezonie, a w kolejnym awansował do Premier League (został wybrany menadżerem roku). Klub z tego tytułu może zarobić nawet 200 milionów funtów! Pokaźny zastrzyk gotówki gwarantuje telewizja. Oby tylko beniaminek nie musiał podzielić losu Aston Villi, dostając tzw. parachute. Dla przypomnienia jest to parasol ochronny dla spadkowiczów.
Menedżer zbudował atmosferę podczas przedsezonowego zgrupowania w Szwecji. Kadra spędziła tam cztery dni. Obóz przypominał szkołę przetrwania - zawodnikom odebrano telefony komórkowe, sami zdobywali pożywienie oraz spali w namiotach. Przyrządzali posiłki, palili ognisko, a wodę czerpali z jeziora. Zjednoczyli się i zebrali żniwa, po wspaniałym sezonie awansując do ligi mocarzy. I nieważne, że mieli ujemny bilans bramkowy, jak te drużyny, które znalazły się w tabeli poniżej dziesiątego miejsca.

Pomyłka Hollowaya potęguje wyjątkowość powrotu Huddersfield po 45. latach do elity.
Wagner to architekt awansu, a jeszcze przed rokiem jego zadaniem było utrzymanie ekipy na zapleczu Premier League. Sprawdził się, a także zmienił sposób gry zespołu. Pod jego wodzą drużyna chciała posiadać piłkę, budować akcje od tyłu. Ta sztuka udała mu się. Trener również mocno zamieszał w składzie, ściągając aż dziesięciu zawodników, kiedy ledwo otworzyło się okienko transferowe! (1 lipca 2016 roku). Przez cały sezon 2016-17 The Terriers wypadli tylko raz poza czołową szóstkę w tabeli. To mówi wszystko, a przecież budżet płacowy klubu wynosił niespełna 12 miliona funtów, co w warunkach Championship nie jest wynikiem dobrym. Mniej więcej podobną wartością na wydatki poborów piłkarzy dysponował Rotherham United, który spadł z ligi. Zanotował on fatalną kampanię, zwyciężając tylko pięciokrotnie i zdobywając łącznie 23 punkty w 46 meczach. Warto podkreślić, że jest to ulubiony klub Howarda Webba, byłego już sędziego. Rozmowę z nim niespełna miesiąc temu przeprowadził Przemysław Rudzki, redaktor naczelny Przeglądu Sportowego oraz komentator ligi angielskiej w Canal+. Link znajdziecie poniżej.
https://www.youtube.com/watch?v=Vr_FyBQkMgc

Graczami Terierów swojego czasu byli Paweł Abbott (2004-2007) oraz Radosław Majewski przez jeden sezon 2014-15. Ten drugi wspomniał ważną postać, mianowicie prezesa. 
- Prezes Dean Hoyle to człowiek Huddersfield od dzieciaka, a że miał dużo kasy to zainwestował w klub. Płacił na czas. W moich czasach myślę, że średnia tygodniówka wynosiła 5 tysięcy funtów, zespół był wtedy w dole tabeli. W tym sezonie Terierzy grali w piłkę, ktokolwiek by z nim grał, powiedziałby po spotkaniu, że to naprawdę dobra ekipa. Choć przyznaję, że w finale play-off stawiałem na Reading. I to akurat był słaby mecz, taka młócka.
Z kolei napastnik opowiedział o swoich przeżyciach.
- Rok temu byłem w Huddersfield, pojechaliśmy z synem, który urodził się w tym mieście, żeby kupić koszulkę klubową - opowiada Abbott. Andy Booth (legenda klubu, na boisku snajper, a teraz ambasador) dowiedział się o tym, zadzwonił do mnie i serdecznie zaprosił na mecz, gdyż chciałby, abym w przerwie przywitał się z kibicami na stadionie. Na razie do tego nie doszło, ale na pewno się do niego odezwę przy następnej okazji. Fani mnie tam pamiętają. W Huddersfield miałem najlepszy okres w karierze. I jak patrzę wstecz na przygodę z piłką, gdybym mógł coś zmienić, zostałbym tam dłużej.

Wspomniany prezes to lokalny biznesmen. 50-letni Dean Hoyle to założyciel i były właściciel sieci sklepów z prezentami „Card Factory”, który kupił Huddersfield w 2009 roku. Drużyna występowała wtedy w League One, a jej nowy dobrodziej, chcąc wkraść się w łaski kibiców zapowiedział, że kto kupi karnet na cały sezon, to w razie późniejszego awansu do Premier League za całoroczny abonament w ekstraklasie zapłaci tylko 100 funtów. Znalazło się 6000 chętnych, którzy teraz w nagrodę walkę Terierów w elicie obejrzą za półdarmo. Ale właściciel z torbami raczej nie pójdzie, bo na trybunach Galpharm Stadium może zasiąść aż 24 500 osób, a o komplety na meczach jedyny przedstawiciel Yorkshire w Premier League martwić się nie musi.

Miasto znajduje się w Kirklees, dystrykcie metropolitalnym w hrabstwie West Yorkshire. Klub powstał w 1908 roku. Huddersfield Town to pierwszy w historii angielski zespół, który może pochwalić się trzema z rzędu mistrzostwami kraju (lata 1924-1926, dopiero po nim takie same hat-tricki ustrzelili Arsenal, Liverpool i Manchester United). Wprawdzie największe triumfy należały do zespołu prowadzonego przez legendarnego Herberta Chapmana - w latach 30. ubiegłego stulecia, ale także później było nim głośno. Choćby ze względu na pracę w klubie menedżera Billy’ego Shankly’ego, czy rekordowy transfer Dennisa Lawa (w 1960 r. Manchester City zapłacił za szkockiego skrzydłowego 55 tysięcy, czyniąc go najdroższym piłkarzem na Wyspach). The Terriers mają również na koncie Puchar Anglii, zdobyty w 1922 roku.

23 maja 2017

Ciąg dalszy klątwy - Ramsey strzela, znana postać umiera...



Artykuł zacznę od małego wprowadzenia. Zaznaczam, że w żadnym wypadku nie zamierzam obarczać Walijczyka za splot okoliczności i bieg wydarzeń. 
W ostatniej kolejce sezonu Premier League Aaron Ramsey trafił do siatki w spotkaniu z Evertonem, ustalając wynik na 3:1 dla londyńczyków. Ten gol dał powód do myślenia. Odwołując się do historii, zawsze kiedy Ramsey trafia to ktoś bardzo znany umiera...

Wszystko zaczęło się w maju 2011 roku, kiedy wychowanek Cardiff City strzelił bramkę w meczu z Manchesterem United. Niecałe 24 godziny później wszystkie światowe media zaczęły trąbić o śmierci Osamy bin Ladena. O klątwie zaczęto jednak mówić dopiero kilka miesięcy później, gdy Walijczyk strzelał gole Tottenhamowi Hotspur i Olympique Marsylii. Kilka dni później na świecie nie było już Steve'a Jobsa i Muammara Kaddafiego. Na początku 2012 roku Ramsey znów "uderzył". Jego gol w spotkaniu z Sunderlandem miał kolejne, przykre konsekwencje. Jeszcze tego samego dnia legendarna piosenkarka Whitney Houston została znaleziona martwa w łazience hotelu w Los Angeles. 

Klątwa powróciła w listopadzie 2013 roku. Wtedy to Aaron strzelił bramkę swojemu macierzystemu klubowi, czyli Cardiff. Zaraz po tym okazało się, że Pan Bóg zabrał do swego królestwa Paula Walkera, znanego aktora z serii filmów Szybcy i wściekli. W sierpniu 2014 roku- piłkarz trafiał w meczach z Manchesterem City i Evertonem, po czym umierali aktorzy Robin Williams i Richard Attenborough. 9 stycznia 2016 roku w rozgrywkach FA Cup Arsenal wygrał 3-1 z Sunderlandem. Jedną z bramek zdobył zawodnik, który jest bohaterem dzisiejszego artykułu. Nazajutrz zmarł brytyjski piosenkarz i kompozytor, David Bowie. Walijczyk trafił także na Anfield Road w starciu z Liverpoolem, po czym odszedł aktor Alan Rickman. Był on odtwórcą roli profesora Snape'a w filmach o Harrym Potterze.

Tak jak wspomniałem, gwiazdor Euro 2016 we Francji, gdzie był absolutnie czołową postacią swojego zespołu, ,,ukłuł" również ostatnio. Nikogo oprócz fanów Arsenalu zapewne to nie ucieszyło. Dowiadujemy się z różnych źródeł o śmierci wybitnego polskiego kompozytora, piosenkarza, aktora oraz prezentera telewizyjnego w jednym. Chodzi oczywiście o śp. Zbigniewa Wodeckiego. Dziś obiegła nas informacja o odejściu Rogera Moore'a. Aktor znany głównie z roli Jamesa Bonda zmarł w wieku 89 lat po walce z nowotworem.
Przykro patrzeć kiedy zbieg okoliczności bywa tak pechowy. 


Powyż­sze osoby to tylko naj­bar­dziej znane ofiary Ram­seya, ale na tym lista się nie kończy.
14/10/2009 Ram­sey strzela w meczu Lich­ten­stein vs Walia, [*]16/10/2009 umiera Andrés Montes -  hisz­pań­ski dzien­ni­karz sportowy.
14/11/2009 Ram­sey strzela w meczu Walia vs Szko­cja, [*]16/11/2009 umiera Anto­nio de Nigris -      mek­sy­kań­ski piłkarz.
04/08/2012 Ram­sey strzela w meczu Wielka Bry­ta­nia vs Korea, [*]05/08/2012 umiera Chavela  Vargas - kosta­ry­kań­ska piosenkarka.
22/03/2013 Ram­sey strzela w meczu Szko­cja vs Walia, [*]22/03/2013 umiera Bebo Val­dés - kubański  pia­ni­sta i Ray Wil­liams ame­ry­kań­ski koszy­karz, grający w NBA w latach 1977–1987.
14/05/2013 Ram­sey strzela w meczu Arse­nal vs Wigan, [*]17/05/2013 umiera Jorge Rafael  Videla - argen­tyń­ski pre­zy­dent z lat 1976 - 1981.
18/09/2013 Ram­sey strzela w meczu Olym­pi­que Mar­sy­lia vs Arse­nal, [*]18/09/2013 umiera  Ken         Nor­ton ame­ry­kań­ski bok­ser, mistrz świata wagi cięż­kiej w latach 1977 - 1978.
20/04/2014 Ram­sey strzela w meczu Hull City vs Arse­nal, [*]20/04/2014 umiera Rubin “Hura­gan”  Car­ter - ame­ry­kań­ski bok­ser wagi śred­niej, oskar­żony o potrójne mor­der­stwo i ska­zany na karę doży­wo­cia pod­czas kon­tro­wer­syj­nego pro­cesu w 1967 roku. Docze­kał się filmu, w któ­rym został zagrany przez Den­zela Washingtona.
11/05/2014 Ram­sey strzela w meczu Nor­wich vs Arse­nal, [*]12/05/2014 umiera Hans Rudolf  Giger - szwaj­car­ski malarz, naj­bar­dziej znany ze stwo­rze­nia postaci kse­no­morfa do filmu “Obcy -ósmy pasa­żer Nostromo”.

25 kwietnia 2017

Liga Mistrzów - rewanże meczów ćwierćfinałowych


We wtorkowy wieczór osiemnastego dnia kwietnia odbyły się spotkania rewanżowe rozgrywek Champions League. Powody do zadowolenia mają drużyny z Madrytu. Pierwsza z nich, a więc Atletico, jechało do Anglii z nadzieją na obronienie zaliczki 1:0 z Vicente Calderon. Sztuka ta się powiodła, gdyż na trafienie Saula Nigueza odpowiedział jedynie Jamie Vardy. Taki wynik zarówno satysfakcjonował jak i premiował hiszpański zespół. Dwumecz zakończył się rezultatem 1:2 patrząc z perspektywy Lisów, które z podniesioną głową żegnają się z Ligą Mistrzów.
Druga ekipa ze stolicy Hiszpanii czyli Real, tym razem podejmował u siebie Bayern. Uważam, że ten mecz dostarczył najwięcej mieszanych uczuć w bieżącej edycji. Kardynalne błędy sędziego, niezrozumiałe decyzje oraz huśtawka nastrojów. Dramaturgia stała na najwyższym poziomie. 

Po pierwszym meczu bliżej półfinału Ligi Mistrzów byli piłkarze Realu. Ekipa z Madrytu pokonała w Monachium Bayern 2:1. Wynik tamtego spotkania otworzył Arturo Vidal, który mógł powiększyć przewagę gospodarzy, ale nie wykorzystał rzutu karnego. Po przerwie Cristiano Ronaldo dwukrotnie pokonał Manuela Neuera, dając Królewskim zwycięstwo na trudnym terenie i zaliczkę przed rewanżem na Estadio Santiago Bernabeu.
Pierwsze minuty przebiegały pod dyktando gości. Bawarczycy stworzyli stuprocentową sytuację, jednak strzał Arjena Robbena zablokował Marcelo. Gospodarze opierali swoją grę na szybkich kontratakach. Piłkarze Realu przetrzymali początkowy szturm i sami zaczęli zagrażać niemieckiemu golkiperowi. Brakowało jednak skuteczności, a w kilku sytuacjach Monachijczykom dopisało szczęście. Choćby w 28. minucie, gdy Neuer wybił piłkę po strzale Dani Carvajala, a dobitkę zablokowali obrońcy. Do przerwy nie brakowało dobrej gry, momentami akcje przenosiły się z jednego na drugie pole karne, zabrakło jednak goli. Dodam tylko, że do tego fragmentu meczu wszystko toczyło się sprawiedliwie.
Druga część starcia rozpoczęła się pomyślnie dla Bayernu. Ponownie uderzenie holenderskiego skrzydłowego nie znalazło drogi do siatki, bo piłkę z linii bramkowej wybił Marcelo.W 52. minucie Casemiro sfaulował w polu karnym Robbena, a Lewandowski skutecznie egzekwował jedenastkę. Goście przeważali, ale to Królewscy strzelili wyrównującego gola. W 76. minucie Cristiano Ronaldo pokonał Neuera strzałem głową, po dograniu Casemiro. Niemiec był przy tym strzale bezradny. Chwilę później Sergio Ramos, naciskany przez kapitana reprezentacji Polski, skierował piłkę do własnej bramki. Real przegrywał 1:2, a więc Bawarczycy odrobili straty z pierwszego spotkania. Natomiast po kilku minutach, arbiter niesłusznie wyrzucił z boiska Arturo Vidala. Następstwem tego była zmiana Lewandowskiego na Joshuę Kimmicha. Myślę, że o dogrywce nie warto nic mówić. Cristiano Ronaldo zdobył dwa gole, które nie powinny zostać uznane. Portugalczyk znajdował się na pozycji spalonej w momencie zagrania piłki od partnerów z zespołu. Sędzia Viktor Kassai znalazł się na cenzurowanym po końcowym gwizdku, co zresztą nie może dziwić. Kto wie jakby potoczyły się losy tej rywalizacji gdyby więcej szczęścia dopisywało Bayernowi. 

Kolejnego dnia, a więc w środę, do boju przystąpiła trzecia hiszpańska drużyna. W szranki z Juventusem stanęła FC Barcelona. Zaliczka Włochów z pierwszego starcia okazała się być wystarczająca. Barca w dwumeczu nie zdołała pokonać Gianluigiego Buffona, który ma szansę na swój pierwszy triumf w Champions League. W decydujących spotkaniach przegrał dotychczas z Milanem (w 2003 r.) oraz z Barceloną (w 2015 roku). Mecz przebiegał w stosunkowo spokojnej atmosferze, co może trochę dziwić. Jedyny moment, po którym się zagotowało to upadek na twarz Leo Messiego i zamierzony faul Neymara na żółty kartonik. Podsumowując, awans Juve dało pewne zwycięstwo 3:0 u siebie. 

W równolegle toczącym się spotkaniu, Monako podejmowało Borussię Dortmund. Tym razem 
rozpoczęło się ono z pięciominutowym poślizgiem. Powodem było 15-minutowe opóźnienie odjazdu autokaru z zespołem BVB spod hotelu. Mieliśmy więc powtórkę z rozrywki i peturbacje zbliżone do tych sprzed tygodnia. Wówczas ładunki wybuchowe eksplodowały w pobliżu autokaru niemieckiej drużyny, zmierzającej na swój stadion. Ranny został Hiszpan Marc Bartra, a spotkanie zostało przełożone na następny dzień. To wydarzenie pozostanie na długo w pamięci kibiców.

Jeśli chodzi o sam mecz, w trzeciej minucie na tablicy świetlnej pojawiło się 1:0 za sprawą Mbappe. Rezultat zmienił się w 17. minucie, kiedy to Falcao wykorzystał centrę Thomasa Lemara, posyłając piłkę do siatki uderzeniem głową. Piłkarze Monako podwyższając prowadzenie ustawili sobie mecz. 
W 48. minucie goście strzelili bramkę kontaktową. Wprowadzony na boisko jeszcze w pierwszej połowie Ousmane Dembele przeprowadził efektowny rajd prawą stroną boiska, a Marco Reus wykorzystał jego podanie i z około 10 metrów skierował piłkę do bramki. Z kolei do utraty trzeciego gola przyczynił się Łukasz Piszczek. Jego podanie przejął Lemar i posłał piłkę do wprowadzonego chwilę wcześniej Valerego Germaina, który z zimną krwią wykończył sytuację. Tym samym wybił z głowy marzenia o półfinale graczom BVB. Znakomite zawody po raz kolejny rozegrał Kylian Mbappe (na zdjęciu poniżej).

Wynik 3:1 nie pozostawił złudzeń. Drużyna z Księstwa to rewelacja bieżących rozgrywek. Jakiś czas temu, pisząc artykuł o Bernardo Silvie, wspomniałem najlepszą edycję w wykonaniu Monako w historii. W sezonie 2003/2004 znaleźli się w finale Champions League, przegrywając w ostatecznym rozrachunku z FC Porto 0:3. Teraz są o jeden krok od tej samej fazy.
W piątek 21 kwietnia wylosowano pary półfinałowe. Wiadomo już, że Real Madryt trafił na Atletico, natomiast AS Monaco zmierzy się z Juventusem Turyn. Czekają nas zażarte walki na noże. Możemy być pewni, że w tych starciach nikt nie odstawi nogi, a jakość spotkań powinna spełnić nasze wygórowane oczekiwania.

15 kwietnia 2017

Liga Mistrzów- podsumowanie pierwszych spotkań ćwierćfinałowych



Gdy w ostatnich dniach ujrzymy słowo Borussia, kojarzy nam się ono z zamachem terrorystycznym. Drużynę, która jechała autokarem na mecz spotkało nieszczęście. W drodze na stadion nastąpiła eksplozja trzech bomb, które uszkodziły dwie opancerzone szyby. Materiały znajdujące się w żywopłocie prawdopodobnie ukryli islamscy zamachowcy. Nikomu nic poważniejszego się nie stało. Jedyny który ucierpiał, a więc Marc Bartra, trafił do szpitala z urazem ręki. Do wyjęcia odłamków szkła konieczna była operacja. Zabieg zakończył się sukcesem, Hiszpana czeka teraz miesiąc przerwy w grze. Takie dramatyczne wydarzenia powodują u nas wyrazy współczucia.
Mecz Borussia Dortmund - Monaco w ramach ćwierćfinału Ligi Mistrzów odbył się następnego dnia. Pierwsze starcie zakończyło się klapą dla BVB- 0:2 do przerwy i ani jednego celnego uderzenia na bramkę gości. W 16. minucie Sokratis sfaulował w polu karnym Kyliana Mbappe, nie pozostawiając sędziemu innego wyjścia niż wskazanie na jedenasty metr. Jednakże z wapna pomylił się Fabinho. Po chwili Monaco postawiło na swoim, a konkretniej zrobił to aktywny Mbappe. W 35. minucie Sven Bender zaskoczył własnego bramkarza i koszmar żółto- czarnych trwał. Kryzys przerwał Ousmane Dembele dwanaście minut po przerwie, zdobywając kontaktową bramkę. W 79. minucie ponownie trafił Mbappe, wykorzystując fatalny błąd w obronie Łukasza Piszczka. Ostatnie słowo należało do Shinjiego Kagawy, który dał nadzieję gospodarzom na korzystny rezultat w przyszłym tygodniu.
Podsumowując błysk gwiazdy wieczoru, a więc Kyliana Mbappe, tego dnia był po prostu bezlitosny. Niebawem walkę o niego stoczą największe europejskie kluby.
Wracając do spotkania, jak przyznał Kamil Glik, widział po Łukaszu Piszczku brak ochoty do gry, co nie może nas dziwić. Po przegranym meczu 2:3, menadżer gospodarzy Thomas Tuchel wypowiedział się na konferencji prasowej o sytuacji jaka zastała jego ekipę. Miał on również pretensje do władz UEFY o rozegranie spotkania dzień po eksplozji materiałów wybuchowych na trasie jaką jego drużyna musiała pokonać na Signal Iduna Park. Według mnie pretensje były w pełni uzasadnione.
Nach dem Spiel, ist vor dem Spiel (koniec jednego meczu jest zarazem początkiem następnego) - mawiał niegdyś Sepp Herberger, legendarny trener mistrzów świata z 1954 roku. Niemcy niespodziewanie triumfowali wtedy 3:2 nad złotą jedenastką Węgrów. Słynął on z powiedzonek w stylu Kazimierza Górskiego. Myślę, że powyższy cytat odzwierciedla w jaki sposób zawodnicy z Westfalii powinni podejść do starcia rewanżowego. Najważniejsze aby wyczyścili głowy i w pełni skupieni wyłącznie na futbolu rozegrali popisowe dziewięćdziesiąt minut na Stade Louis II.

Tego samego dnia, w którym do rywalizacji mieli przystąpić podopieczni Tuchela oraz Leonardo Jardima, w szranki stanęły ekipy Juventusu i Barcelony. Wydawało się, że będzie to bardzo wyrównane spotkanie. Nic bardziej mylnego. Dwa gole Dybali przesądziły o wygranej turyńczyków 3:0. Bramka Giorgio Chielliniego w drugiej połowie stanowiła dla Blaugrany gwóźdź do trumny. W poprzedniej rundzie Barca przegrała w Paryżu 0:4, a mimo to odrobiła straty pokonując PSG 6:1 u siebie. Wtedy na udaną remontadę dawałem jakieś siedem procent szans, teraz daję dziesięć. Niby niewiele więcej, ale szanse mimo wszystko są znikome. Obrona Juve słynie z twardej gry i moim zdaniem to najlepsza defensywa w Europie.

Kolejną skałę w obronie tworzy blok defensywny Atletico Madryt. To doprawdy fenomen jakich wielkich bramkarzy potrafi wykreować ten hiszpański klub. Począwszy od Davida de Gei, przez Thibaulta Courtoisa, a skończywszy na Janie Oblaku. Między innymi dzięki wychowywaniu świetnych golkiperów, którzy ratują zespół w opresji, dokonał się niesamowity postęp Atletico na przestrzeni ostatnich pięciu lat. To przecież czwarty rok z rzędu kiedy Los Colchoneros meldują się w ćwierćfinale Champions League. Jak wiemy w 2014 oraz 2016 roku ulegli w finale Realowi Madryt w dramatycznych okolicznościach. Tym razem w fazie pucharowej trafili na sensacyjnego mistrza Anglii, Leicester City. Hiszpanom udało się wypracować zaliczkę przed rewanżem na King Power Stadium. Gol Antoine'a Griezmanna z rzutu karnego pozwala z nadzieją jechać na terytorium Lisów, które zapewne będą dążyły do odrobienia strat. W tej parze naprawdę jeszcze nic nie jest rozstrzygnięte.

Natomiast jeśli chodzi o ostatnią już parę Bayern Monachium - Real Madryt, to Królewscy mogą czuć się półfinalistami w siedemdziesięciu procentach. Bawarczycy bez Roberta Lewandowskiego nie byli w stanie nic wskórać. Świadczy o tym niewykorzystany rzut karny Arturo Vidala pod koniec pierwszej połowy. Przy stanie 1:0 dla gospodarzy, Chilijczyk chybił z jedenastki i to się zemściło. Dodatkowo za drugą żółtą kartkę z boiska wyleciał Javi Martinez. Dwa trafienia Cristiano Ronaldo wybitnie pomogły Realowi osiągnąć cenny wynik 2:1. Jest on pierwszym zawodnikiem w historii, który osiągnął sto goli w rozgrywkach UEFA. Jednak w bieżącej edycji były to jego trafienia dopiero numer trzy i cztery. Przewodzący w tej klasyfikacji Leo Messi ma ich na koncie jedenaście.



Do bramki Bayernu po kontuzji wrócił Manuel Neuer i tradycyjnie zaprezentował wysoki poziom. Niestety Lewandowski oraz Mats Hummels nie odzyskali sprawności, w związku z czym lekarze nie dali zielonego światła na ich występ. Nie wiadomo też czy nie będą wykluczeni z rewanżowej potyczki na Santiago Bernabeu. Przypomnę, że kapitan reprezentacji Polski w miniony weekend nieszczęśliwie upadł na bark w prestiżowym spotkaniu z Borussią Dortmund. Monachijczycy pewnie ograli rywali 4:1, a Robert popisał się kapitalnym strzałem z rzutu wolnego. Później jako sam poszkodowany wykorzystał jedenastkę i zgłosił niedyspozycję Carlo Ancelottiemu, który dokonał zmiany. Lewy w tą sobotę i tak nie mógłby zagrać na wyjeździe z Bayerem Leverkusen, ponieważ pauzuje za uzbieranie pięciu żółtych kartoników. Jednakże w piątek trenował indywidualnie na boisku i zrobił kolejny krok w kierunku odzyskania formy. Ryzyko zbyt szybkiego powrotu i pogłębienia się urazu jest zbyt duże, ale kto nie ryzykuje ten szampana nie pije... Zwłaszcza jeśli gra toczy się o taką stawkę.

26 marca 2017

Czy uda nam się powiększyć przewagę w tabeli?



Już dziś czeka nas starcie z Czarnogórą w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata. Na gorącym terenie w Podgoricy zmierzymy się z gospodarzami, którzy dotychczas w czterech spotkaniach zgromadzili siedem punktów, o trzy mniej niż Polacy. To właśnie oni otwierają grupę pościgową za biało-czerwonymi. W równoległym pojedynku Rumunia podejmie w Bukareszcie Danię. Ten mecz również będzie interesujący dla nas, jednak nie powinniśmy spoglądać na innych tylko skupić się na swoim zadaniu. Wygrana przybliżyłaby nas do wyjazdu na przyszłoroczny turniej, który odbędzie się w Rosji. Nie ukrywajmy, obowiązkiem jest przywiezienie stamtąd kompletu punktów. Ja jednak wolę być mile zaskoczony niż rozczarowany, dlatego typuję rezultat 1:1. 
Warto zaznaczyć, że dotychczas dwukrotnie graliśmy z Czarnogórcami i oba mecze zakończyły się wynikiem remisowym. Za kadencji trenera Waldemara Fornalika wyglądało to następująco- 2:2 w Podgoricy po bramkach Kuby Błaszczykowskiego z karnego i Adriana Mierzejewskiego oraz 1:1 w Warszawie po golu Roberta Lewandowskiego. Historia daje do zrozumienia, że nie były to jednostronne pojedynki, lecz wyrównane. Polska stworzyła sobie wtedy więcej sytuacji, ale nie miało to żadnego przełożenia na zwycięstwa. Dla przypomnienia podsyłam skrót do spotkania na Stadionie Narodowym.
https://www.youtube.com/watch?v=SzPGYhSbIu0

Co mi zapadło w pamięć? Na pewno przełamanie Lewego, który wyraźnym gestem uciszał krytykujących go dziennikarzy, a także słusznie nieuznany gol w 94. minucie, po którym cały obiekt eksplodował z euforii. Jednakże sędzia Björn Kuipers nie wybronił się, ponieważ wcześniej nie dostrzegł ewidentnego przewinienia w polu karnym na Waldemarze Sobocie.
Dzisiejszego wieczoru czeka nas niewątpliwie wiele emocji. Mam nadzieję, że pozytywnych, tak jak było to w listopadzie, gdy ograliśmy Rumunów 3:0. Kontrolowaliśmy przebieg boiskowych zdarzeń i zasłużenie zeszliśmy z murawy jako lepsza ekipa. Głęboko wierzę w powtórkę z rozrywki, ale jestem też realistą. Nikt nam trzech oczek nie podaruje, wyszarpmy je sobie sami!
Poniżej skład, który według mnie zacznie spotkanie od początku:
Fabiański- Piszczek, Pazdan, Glik, Jędrzejczyk- Mączyński, Linetty, Zieliński, Błaszczykowski, Grosicki- Lewandowski


02 lutego 2017

,,Lampard wiesza buty na kołku"



Frank Lampard kończy z graniem w piłkę na zawodowym poziomie. Słynny angielski pomocnik ogłosił zakończenie swojej piłkarskiej kariery. Decyzję obwieścił za pomocą emocjonującego wpisu na Instagramie. 

"Po 21 niesamowitych latach, zdecydowałem, że teraz jest właściwy moment na zakończenie zawodowej kariery. Pomimo tego, że w ostatnim czasie otrzymywałem wiele świetnych ofert gry w kraju i poza granicami, czuję, że mając 38 lat powinienem rozpocząć nowy rozdział w życiu. Jestem ogromnie dumny z wszystkich trofeów, które wygrałem, z reprezentowania mojego kraju ponad 100 razy i strzelenia ponad 300 goli w karierze" - napisał Lampard, po czym przeszedł do podziękowań dla bliskich i znajomych. 


Zawodnik urodzony w Romford jest najlepszym strzelcem Chelsea w historii. Przygodę z piłką rozpoczął w West Hamie, skąd trafił do rywala zza miedzy za 11 milionów funtów. W Chelsea pierwsze poważne trofeum zdobył w 2005 roku, kiedy to pod wodzą Jose Mourinho The Blues siegnęli po mistrzostwo Anglii, a także po Puchar Ligi. Kolejny sezon ligowy również zakończyli na pierwszym miejscu. W 2008 roku Frank wystąpił w swoim pierwszym finale Ligi Mistrzów, strzelając bramkę w przegranym po rzutach karnych starciu z Manchesterem United. W sezonie 2009/10 ponownie sięgnął po dublet. W 2012 roku dopiął swego i zwyciężył w Lidze Mistrzów, po emocjonującym pojedynku z Bayernem na Allianz Arenie. W następnym roku wygrał Ligę Europy.
Sezon 2014-15 spędził w Manchesterze City i nawet strzelił gola swojemu byłemu zespołowi. Ostatnim przystankiem w jego karierze był New York City. W reprezentacji wystąpił 106 razy i zanotował dla niej 29 trafień. W drużynie narodowej debiutował w 1999 roku i zagrał z nią na Euro 2004, Mistrzostwach Świata 2006, 2010 oraz 2014.

Rekordy


  1. Lampard był rekordzistą w Anglii pod względem serii nieprzerwanie rozgrywanych meczów w Premier League, rozpoczynającą się 13 października 2001, a kończącą 26 listopada 2005 i wynoszącą 164 gry. Ten wynik prawie dwukrotnie (310 spotkań) poprawił Brad Friedel w latach 2003–2012. Frank pobił wcześniejszy rekord 159 występów z rzędu wyśrubowany przez Davida Jamesa. 
  2. 16 goli Lamparda w sezonie 2005/2006 było rekordem w Anglii w klasyfikacji bramek zdobytych przez pomocników. W sezonie 2009/2010 pobił swoje osiągnięcie, trafiając do siatki aż 22 razy. 
  3. 18 stycznia 2009 roku pomocnik rozegrał spotkanie nr 400 w barwach The Blues
  4. Jako jedyny zawodnik w historii Premier League zdobywał co najmniej 10 bramek w dziesięciu kolejnych sezonach. 
  5. 17 marca 2013 zaliczył dwusetne trafienie dla The Blues, w wygranym 2:0 meczu z West Ham United. Dwa miesiące później, strzelając dwa gole w meczu z Aston Villą, pobił rekord zdobytych bramek dla Chelsea, należący do Bobby'ego Tamblinga. Lampard trafił 211 razy dla The Blues, co stawia go na pierwszej pozycji w klasyfikacji najlepszych goleadorów klubu oraz sprawia, że jest najskuteczniejszym pomocnikiem Chelsea w historii. Jest też czwartym strzelcem w historii Barclays Premier League - wyprzedzają go tylko Alan Shearer, Andrew Cole i Wayne Rooney.

Sukcesy

Klubowe: 
  • Puchar Intertoto: 1999
  • Zwycięstwo
    • Premier League: 2004/2005, 2005/2006, 2009/2010
    • Puchar Anglii: 2006/2007, 2008/2009, 2009/2010, 2011/2012
    • Puchar Ligi: 2004/2005, 2006/2007
    • Tarcza Wspólnoty: 2005, 2009
    • Liga Mistrzów: 2012
    • Liga Europy UEFA: 2013

    Drugie miejsce/Finalista
    • Premier League: 2003/2004, 2006/2007, 2007/2008
    • Puchar Anglii: 2001/2002, 2006/2007, 2008/2009, 2009/2010, 2011/2012
    • Puchar Ligi: 2004/2005, 2006/2007
    • Tarcza Wspólnoty: 2006, 2007, 2010
    • Liga Mistrzów: 2007/2008   
    • Indywidualne: 
    • Drużyna roku PFA: 2004, 2005, 2006
    • Piłkarz roku Chelsea: 2004, 2005, 2009
    • Piłkarz roku FWA: 2005
    • Piłkarz roku PFA według kibiców: 2005
    • Piłkarz roku w Premier League: 2005
    • Jedenastka roku FIFPro: 2005
    • Jedenastka roku ESM: 2004/2005, 2005/2006, 2009/2010
    • Piłkarz Roku FIFA: drugie miejsce 2005
    • Złota Piłka: drugie miejsce 2005
    • Piłkarz roku w Anglii: 2004, 2005
    • Najlepszy pomocnik sezonu UEFA: 2007/2008
    • Zawodnik dekady w Premier League (2000-2009)
    • Piłkarz miesiąca w Premier League: wrzesień 2003, kwiecień 2005, październik 2005, październik 2008

20 listopada 2016

,,Niespełnione talenty - Robinho"



Dzisiejszy tekst zamierzam poświęcić wielkiemu brazylijskiego piłkarzowi. I nie chodzi tu wcale o Neymara czy Ronaldinho, który mógłby znaleźć się w niniejszym artykule. W końcu również i on stracił wiele z powodu afer pozaboiskowych. Postanowiłem napisać o gwiazdce wywodzącej się z Santosu. Jeśli chodzi o poziom i porównanie, ten zawodnik to taki Neymar sprzed dziesięciu lat. Ogrom talentu, który trafił z Brazylii do Hiszpanii. Wydawało się, że jest w stanie sięgnąć po najwyższe laury i na długo zagościć w czołówce najlepszych zawodników świata. Te rajdy wraz z przyspieszeniem, drybling i technika - potrafił czarować jak mało kto. A jednak przepadł, na schyłku kariery trafił do Atletico Mineiro. Rozrywkowy tryb życia, liczne balangi, dziewczyny, alkohol, imprezy. Połączenie Mario Balotellego i wspomnianego wyżej Ronniego. Róbson de Souza, po prostu Robinho. Zapraszam do lektury.
Urodził się 25 stycznia 1984 roku w São Vicente, w państwie produkującym wyśmienitych piłkarzy oraz kawę. W wieku sześciu lat dołączył do lokalnej drużyny dziecięcej Beira-Mar i już w pierwszym sezonie zdobył mistrzostwo. W 1993 r. zwrócił na siebie uwagę strzelając w lidze futsalu 73 gole dla zespołu Portuários. W 2002 roku dołączył do seniorskiego składu Santosu, który akurat zdobył mistrzostwo kraju. Dwa lata później został uznany za najlepszego zawodnika ligi, co przełożyło się na debiut w dorosłej reprezentacji Brazylii. Gra w jednym z najlepszych klubów brazylijskich przyniosła mu sławę. W końcu to on dołożył dużą cegiełkę do zdobycia dwóch tytułów mistrzowskich.
Zainteresowanie nim wzrastało. 31 lipca 2005 roku podpisał kontrakt z Realem Madryt, który przelał na konto Santosu 24 miliony euro. Wszystko toczyło się błyskawicznie. Droga na szczyt stanęła przed nim szerokim otworem. Już 28 sierpnia zadebiutował w barwach Królewskich. W spotkaniu z Cádiz wszedł na 20 minut i zagrał w rytmie samby, jak na latynosa przystało. W końcu trafił tu na swojego rodaka i zarazem świetnego fachowca, Vanderleia Luxemburgo oraz na wybitnych piłkarzy, Ronaldo i Roberto Carlosa. Przed sezonem do ekipy Galacticos dołączyli też Cicinho oraz Julio Baptista. W takim towarzystwie nie miał prawa na nic narzekać, jedynie co mógł to skupić się na aklimatyzacji w nowym otoczeniu. W pierwszym sezonie zaliczył 37 występów, w których zanotował 8 goli i 5 asyst. Trzeba pamiętać, że nie zawsze stanowił pierwszy wybór trenera. Mając za konkurentów Raúla czy Luísa Figo był raczej skazany na ławkę rezerwowych. Ale gdy już wchodził to grał koncerty i popisywał się sztuczkami, które miał opanowane do perfekcji.
https://youtu.be/C-Ud21Unqac 

Problemy zaczęły się, gdy stery Królewskich objął Fabio Capello. Zarzucił on młodej gwiazdce lenistwo, a bomba wybuchła. Brazylijczyk stanowił niezbędny element w układance, bo potrafił coś wnieść do gry wtedy gdy drużynie nie szło. Jednak jego tryb życia, który ewidentnie zakładał imprezowanie dał o sobie znać, tak samo jak zarzuty, że nie spędza wieczorów na regeneracji organizmu. Robinho nie wytrzymywał ciśnienia. Dochodziło do incydentów z jego udziałem, tak jak ten z Thomasem Gravesenem podczas jednego z treningów. U Włocha grywał rzadziej, słabsza forma nie była spowodowana dziełem przypadku. Regularnie przychodził na treningi w stanie wskazującym na spożywanie alkoholu. Wkrótce Capello na ławce trenerskiej zastąpił Bernd Schuster, więc wydawało się, że brazylijski skrzydłowy odżyje na nowo. Tak się jednak nie stało, zaczął sam podpisywać na siebie wyrok. Problemy narastały, nie do końca zdawał sobie sprawę dla jak wielkiego klubu gra.
W październiku 2007 roku rozkręcił imprezę o jakiej jeszcze długo mówiło się i w Hiszpanii, i w jego ojczyźnie. Po reprezentacyjnym meczu z Ekwadorem, Robinho wraz ze swoim kumplem od tańców Ronaldinho, zawładnęli jednym z najmodniejszych klubów w Rio de Janeiro. Panowie zaprosili całą drużynę, skołowali tyle dziewczyn, ile tylko pomieścił klub, a za wszystkie przyjemności płacić miała młoda gwiazdka Realu. Jego narzeczona siedziała w tym samym czasie w domu, będąc w piątym miesiącu ciąży. Świadczy to tylko o nieodpowiedzialności Robinho.
Problemy wychowawcze z zawodnikiem stanowiły problem dla działaczy, więc postanowiono się go pozbyć. O transfer mocno zabiegała Chelsea, która rozpoczęła nawet kampanię sprzedaży koszulek. Sęk w tym, że zarówno tą akcję jak i wypowiedzi o przyszłych kolegach oraz zachwalanie możliwości składu, można było wyrzucić do kosza. W ostatnim dniu letniego okienka transferowego w 2008 roku, Robinho trafił na Wyspy, ale do Manchesteru City. Kwota transakcji wyniosła 43 mln euro. Całkiem sporo, jak za kogoś kto zarywa noce. Oferta The Citizens kusiła finansowo, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Jestem bardzo ciekawy czy również zadajecie sobie to pytanie co ja, ile swojej pensji Robinho przeznaczył na imprezy, dziewczyny i alkohol?
Jego nawyki w Manchesterze wcale się nie zmieniły. Potrafił trenować i zarazem dobrze się bawić, spędzając czas poza boiskiem. O jednym z jego incydentów było naprawdę głośno. Po jednym z wieczorów w Leeds, gdzie bawił wówczas piłkarz, oskarżony został o to, że 14 stycznia 2009 roku miał próbować zgwałcić 18-letnią dziewczynę. Zawodnik trafił na komisariat, został przesłuchany, pobrano jego ślady DNA, ale ostatecznie oczyszczono go z zarzutów.
Wracając do piłki, pierwszy sezon w nowym zespole ponownie okazał się udany. Strzelił czternaście bramek, dołożył pięć asyst, a szejkowie z satysfakcją patrzyli na faceta, którego zakupili za grube petrodolary. Kolejny nie należał już do najlepszych, dziesięć występów bez gola. W związku z tym postanowiono wypożyczyć go do Santosu, a następnie wytransferować do Milanu, który wydał na niego 18 mln euro. W Mediolanie spotkał swojego kompana do baletów, czyli Ronaldinho. We dwoje tworzyli naprawdę znakomity duet, zarówno na murawie, jeśli tylko im się chciało i mieli na to siłę, a także na parkiecie. Pierwszy sezon znowu najlepszy, ponownie... czternaście bramek. Później zjazd, sześć goli, dwa i trzy. Wytrwał w europejskiej stolicy mody aż pięć lat i na pewno sowicie opłacił tamtejsze kluby. Krótko mówiąc, zostawił swoje.
Dalszy etap jego kariery to skok na kasę do Chin. W Guangzhou Evergrande spędził nieco ponad pół roku, skąd przeniósł się do ojczyzny. Tym razem wybrał Atletico Mineiro i spisuje się tam całkiem nieźle. W siedemnastu ligowych występach uzbierał dziewięć trafień i dorzucił cztery asysty. Oczywiście warto wspomnieć o kadrze narodowej, dla której zagrał 99 razy i strzelił 28 goli. Swoje ostatnie trafienie w narodowych barwach zanotował podczas zeszłorocznej edycji Copa América w meczu z Paragwajem.
Dwudziestego piątego stycznia będzie obchodzić trzydzieste trzecie urodziny. Zastanawiam się czy to już dojrzały mężczyzna, a może dalej dziecko, które potrzebuje się bawić? Przecież gdyby jego przebłyski szły w parze z poukładaną głową, mielibyśmy skrzydłowego klasy światowej. Nie zapominajmy, że i tak wiele osiągnął, a jego nazwisko zostanie zapamiętane w annałach futbolu. Pytanie tylko czy z tej dobrej czy z gorszej strony?

08 sierpnia 2016

,,Wspomnień czar: Igrzyska Olimpijskie Barcelona 1992"

Od lewej: Tomasz Łapiński, Luis Enrique i Dariusz Gęsior, na dole Aleksander Kłak

8 sierpnia 1992 roku, czyli równo 24 lata temu, polscy piłkarze zdobyli srebrny medal Igrzysk Olimpijskich. W finale ulegli 2:3 drużynie gospodarzy. Był to ostatni tak udany występ naszej reprezentacji w turnieju rangi olimpijskiej. W ten jubileuszowy dzień chciałbym przypomnieć wszystkie spotkania Polaków na czempionacie w Barcelonie.
Drabinka została ułożona pomyślnie dla nas. W grupie trafiliśmy na Włochów, USA oraz Kuwejt. W pierwszym meczu na imprezie pokonaliśmy tych ostatnich 2:0. Kolejne starcie odbyło się w Barcelonie z Włochami. Wygraliśmy gładko 3:0 po golach Juskowiaka, Stańka i Mielcarskiego. Przed ostatnim spotkaniem mieliśmy zapewniony awans. Potyczka ze Stanami Zjednoczonymi skończyła się remisem 2:2. W Saragossie rozegraliśmy dwa mecze, z Kuwejtem i USA. Jak się okazało, Polacy powrócili do Barcelony i na murawie Camp Nou pojawili się jeszcze trzykrotnie.
W następnej rundzie, czyli ćwierćfinale trafiliśmy na Katar - 2:0 do przodu i awans do półfinału, w którym to daliśmy lekcję Australijczykom. Wynik 6:1 zdecydowanie pokazał kto był drużyną lepszą. Andrzej Juskowiak uzyskał w tym meczu hat-tricka, a Wojciech Kowalczyk zgromadził na swoim koncie dwa trafienia. W finale mieliśmy spotkać się z Hiszpanią, czyli organizatorami całego olimpijskiego przedsięwzięcia.



Wynik otworzył Kowalczyk w doliczonym czasie gry pierwszej połowy. Po bramkach Abelardo i Kiko przegrywaliśmy, ale w 75. minucie odpowiedział Ryszard Staniek. Gdy wydawało się, że nadszedł czas dogrywki, tym razem to my straciliśmy gola w końcówce, pozbawiającego nas jakichkolwiek szans na ripostę. Kiko dobił nas w najmniej oczekiwanym momencie i nie pozostawił nadziei na finałowy triumf. Jednak sam turniej w naszym wykonaniu przeszedł do historii. Po raz trzeci i zarazem ostatni, sięgneliśmy po medal Igrzysk Olimpijskich. Wcześniej miało to miejsce w 1972 roku w Monachium, kiedy to zdobyliśmy złoto oraz w 1976 roku w Montrealu. Wtedy pozostał niedosyt, tak samo jak po decydującej batalii z La Roja. Z upływem lat coraz bardziej doceniamy złote czasy polskiej piłki. Dzisiaj obchodzimy dwudziestą czwartą rocznicę tego meczu, a występu polskiej reprezentacji piłkarskiej na boiskach w Rio De Janeiro, idzie nam ze świecą szukać, nie mówiąc już o medalu, bo tego będziemy zapewne musieli wypatrywać z utęsknieniem, spoglądając wstecz na miniony wiek...

  • Zawodnicy: Dariusz Adamczuk, Marek Bajor, Jerzy Brzęczek, Dariusz Gęsior, Marcin Jałocha, Andrzej Juskowiak, Aleksander Kłak, Andrzej Kobylański, Wojciech Kowalczyk, Marek Koźmiński, Tomasz Łapiński, Grzegorz Mielcarski, Ryszard Staniek, Piotr Świerczewski, Mirosław Waligóra, Tomasz Wałdoch
  • Rezerwowi (nie grali w turnieju): Dariusz Koseła, Arkadiusz Onyszko, Dariusz Szubert, Tomasz Wieszczycki

29 lipca 2016

Wywiad z trenerem Adrianem Trojanowskim























Podczas obozu bramkarskiego w Dębicy miałem zaszczyt poznać trenera Adriana Trojanowskiego. Co tu dużo mówić, okazał się być równym gościem. Podczas dziesięciu dni pracy z nim nauczyłem się nowych rzeczy. Zauważyłem u niego ogromny profesjonalizm. Treningi z takim fachowcem to niesamowity kapitał i multum wskazówek na przyszłość. Oczywiście postanowiłem wykorzystać do maksimum czas spędzony u jego boku i wpadłem na pomysł, aby zrobić z nim wywiad. Początkowo u trenera pojawiły się pewne obawy czy coś z tego wyjdzie, ale spieszę poinformować, że wszystko wyszło pomyślnie i opłaciło się nagrać naszą rozmowę. Efekty do ocenienia wywiadu pozostawiam Wam poniżej, zapraszam!
- Zapewne niewielu czytelników słyszało o karierze trenera, dlatego prosiłbym o krótką wypowiedź w jakich drużynach trener występował.
- A.T.: Występowałem jako bramkarz przez jedną rundę w IV lidze w KKSie Kalisz, po czym nabawiłem się kontuzji kolana i zakończyłem swoją przygodę z piłką.
- I zajął się trener szkoleniem bramkarzy.
- A.T.: Dokładnie. Kończąc AWF w Gorzowie na trzecim roku, obrałem kierunek trenerski i wiedziałem, że tylko to mnie interesuje.
- W jakich zespołach pełnił trener tą funkcję?
- A.T.: Zacząłem w okręgówce w KKSie Kalisz, moim rodzimym klubie. Awansowaliśmy stamtąd do IV ligi. Później dostałem propozycję z drugoligowej Calisii Kalisz, aby dołączyć do sztabu trenerskiego Sławomira Majaka, byłego reprezentanta Polski i piłkarza Widzewa Łódź czy Hansy Rostock.
- Które cechy są największymi atutami u bramkarzy według trenera?
- A.T.: Na pewno wzrost odgrywa ważną rolę. Nawet mówi się, że granica przyzwoitości u bramkarzy to jest 186 cm. Niższym bramkarzom jest się ciężej przebić, chociaż są przykłady jak Casillas, Navas czy Jérémie Janot, jednak są to wyjątki.
- Przejdźmy do zespołu KKSu Kalisz. Czy uważa trener, że jest potencjał chociażby na pierwszoligową drużynę?
- A.T.: Obecnie grają w III lidze, gdzie trenerem jest mój bardzo dobry kolega - Piotrek Morawski, młody, obiecujący trener. Dużo czynników składa się na sukcesy - zarząd klubu, piłkarze, cała otoczka, do tego ważne są finanse. Przez brak funduszy na dalsze funkcjonowanie rozpadła się drugoligowa Calisia. Zabrakło pieniędzy i niestety musieli rozwiązać drużynę seniorów.
- Ten sam przypadek był w klubie z mojego miasta, Dolcanie Ząbki.
- A.T.: Najświeższy przykład z poprzedniego sezonu, gdzie drużyna wycofała się już po rundzie jesiennej. Uważam, że takie miasto jak Kalisz zasługuje co najmniej na drugą ligę. Dużo jest firm, które mogą kłaść pieniądze i sponsorować drużynę, ale żeby tak było musi grać kilka czynników. Ze swojej strony życzę powodzenia trenerowi Morawskiemu i wierzę w niego. Po tym jak przejął drużynę, KKS awansował do 1/16 Pucharu Polski i zmierzy się tam z Pogonią Szczecin. Będę trzymał kciuki za KKS Kalisz, ponieważ jest to mój ukochany klub.
- A jakiś inny europejski?
- A.T.: Z europejskich zawsze lubiłem Juventus. Kiedy byłem małym chłopcem miałem koszulkę Alessandro Del Piero, dziesiątkę w czarno-białe pasy.
- A czasy Platiniego albo Bońka?
- A.T.: Nie pamiętam takich czasów. Moje pierwsze wspomnienie z piłką nożną to Mistrzostwa Świata 94' w USA, kiedy to Brazylia wygrała z Włochami po karnych. Bronili wtedy Taffarel oraz Pagliuca.
- Karnego nie strzelił Baggio, a już wtedy na ławce siedział Ronaldo.
- A.T.: To była mega ekipa. Brazylijczycy posiadali znakomity skład, a Ronaldo był najmłodszym uczestnikiem turnieju.
- Która reprezentacja zrobiła największe wrażenie na trenerze podczas Euro 2016?
- A.T.: Polska oczywiście. Wierzyłem, że są w stanie przejść do następnej fazy rozgrywek, ale niestety nie udało się. Karne to loteria.
- Nie wiadomo na kogo padnie, tym razem padło na Błaszczykowskiego.
- A.T.: No niestety, ale i tak dużo osiągnęliśmy. Kuba w przeciągu mistrzostw zrobił wiele dobrego dla drużyny i nikt nie powinien mieć do niego żadnych pretensji.
- Gdyby nie jego tak dobra postawa, nie dotarlibyśmy do ćwierćfinału. Warto też podkreślić formę Łukasza Fabiańskiego.
- A.T.: Dokładnie. Łukasz zagrał według mnie bardzo dobry turniej. Dla mnie górował nad naszymi bramkarzami przede wszystkim grą na przedpolu. Łukasza znam osobiście i wiem jaki postęp zanotował, jak trenował, na jakich aspektach się skupiał oraz jakie ma ambicje. Myślę, że jeszcze parę ładnych lat pobroni. Podczas turnieju udowodnił też, że to iż został posadzony przed pierwszym spotkaniem na ławce, to on na to nie zasłużył. Chwała i szacunek dla niego za to, że się nie poddał. Wszedł do bramki na mecz z Niemcami i potrafił bronić na bardzo wysokim poziomie.
- Selekcjoner Adam Nawałka dał mu trochę pstryczka w nos ogłaszając, że golkiperem numer jeden podczas imprezy będzie Wojtek Szczęsny.
- A.T.: Troszeczkę tak, ale taka jest piłka. Trener Nawałka podjął taką decyzję jaką podjął i tak się potoczyło, że Łukasz wskoczył do bramki i dla mnie był jednym z lepszych bramkarzy na turnieju. I nie mówię tego ze względu na to, że go znam tylko dlatego, że grał naprawdę dobrze.
- Chciałbym podziękować za rozmowę. Moim dzisiejszym gościem był trener Adrian Trojanowski.
- A.T.: Dziękuję bardzo.
P.S. Rozmowa została przeprowadzona w Dębicy 26 lipca br.

15 lipca 2016

Podsumowanie Euro 2016

Mamy lidera w osobie Edera

Za nami koniec francuskiej imprezy. Była ona nietypowa, ale co najważniejsze bezpieczna. Impreza sprzed czterech lat odbywająca się w Polsce i na Ukrainie to organizacyjnie absolutny top i Francuzom nie udało się tego osiągnięcia pobić.
Nieoczekiwaną postacią pierwszoplanową finału został Eder. Fernando Santos wprowadził go na plac w miejsce Renato Sanchesa i ta decyzja okazała się być strzałem w dziesiątkę. W dogrywce to właśnie on strzelił decydującą bramkę na wagę triumfu w Mistrzostwach Europy! Ponad 75 tysięcy widzów było świadkami dramatu Cristiano Ronaldo. Mimo, że nie rozgrywał porywającego turnieju to w każdej chwili widać było kto w tym wozie pociąga za lejce. Wszystko co złe rozpoczęło się od niewinnego wejścia Dimitriego Payeta. Już wiadomo, że Portugalczyk ma pauzować około dwóch miesięcy, stwierdzono u niego uszkodzenie więzadła pobocznego w lewym kolanie. CR7 próbował kontynuować finałową grę, ale kolano dawało mu się we znaki.  W 25. minucie zmienił go Ricardo Quaresma. Jak się okazało, wyszło to Portugalczykom na dobre, ponieważ potrafili zewrzeć szyki i nie dopuścili do utraty bramki. Świetne zawody rozgrywał Rui Patricio (wg mnie zdecydowanie piłkarz meczu!). Jednak ani w dziesiątej ani też w 66. minucie Griezmann nie znalazł sposobu na pokonanie bramkarza Sportingu Lizbona. Jego pierwsze uderzenie głową fantastycznie wybronił Patricio, a druga próba okazała się minimalnie niecelna. Groźne strzały oddawał też Sissoko, jednak golkiper spisywał się bez zarzutu. W sukurs przyszedł mu też słupek, kiedy to w 92. minucie Andre-Pierre Gignac był o włos od zdobycia gola. Portugalczycy dociągnęli jednak do dogrywki, w której to wysłali pierwsze tak groźne ostrzeżenie dla Hugo Llorisa. Piękne uderzenie z rzutu wolnego zatrzymało się jednak na poprzeczce.
Wprowadzony w 79. minucie Eder dał dobrą zmianę. Potrafił się zastawić i utrzymać przy piłce, czego owocem był strzelony gol. Od 109. minuty Francuzi wiedzieli, że tytuł ucieka nieubłaganie. I tak się stało - podzielili los Portugalii gospodarza Euro 2004, która przegrała w finałowym starciu z Grecją. Przerwana została passa meczów bez porażki na turniejach rangi mistrzowskiej rozgrywanych w kraju nad Sekwaną. Po półfinałowym zwycięstwie z Niemcami stanęło na osiemnastu spotkaniach. Seria została zapoczątkowana na ME w 1984 roku, kiedy to Michel Platini uzbierał w dorobku rekordowe dziewięć bramek. W mundialu w 1998 roku Trójkolorowi również przeszli jak burza i nie poznali goryczy porażki. Dopiero za trzecim razem, po decydującym starciu na Saint-Denis z ekipą Portugalii, Paryż utonął we łzach.

Jedenastka turnieju

Neuer - Glik, Bonucci, Boateng - Błaszczykowski, Krychowiak, Ramsey, Sanches, Payet - Griezmann, Bale
Neuer poza wpadką w półfinałowym starciu był praktycznie bezbłędny. Patricio poza finałem miewał przebłyski, ale postanowiłem rozpatrywać bramkarzy pod kątem puszczonych goli. Stąd w pierwszym rzędzie stawiam Neuera i Buffona, a dopiero za nimi Patricio, Fabiańskiego i Llorisa. Każdy wie, że to klasowi golkiperzy, a o ich miejscach decydowały detale, a więc Niemiec dalej na topie.
Z obrońców można wyróżnić najlepsze duety mistrzostw, czyli Hummels - Boateng, Pazdan - Glik oraz Chiellini - Bonucci. Aby nagrodzić każdy z tych bloków, znalazłem miejsce dla jednego defensora spośród tych trzech reprezentacji. W mojej ocenie najlepszymi bocznymi byli Giaccherini i Piszczek.
Czas na pomoc, czyli najtrudniejszy wybór. W swojej pierwszej wersji wybrałem Piszczka zamiast Kuby, a więc także inne ustawienie. Postanowiłem przejść na 3-5-2, aby docenić Błaszczykowskiego. Piszczu był bardzo dobry, ale Kuba asekurował świetnie, do tego bronią go liczby, więc mam nadzieję, że zrozumiecie mój wybór. To samo tyczy się reprezentacji, które zaszły dalej od Polski. Powiedzcie, czy rywale Francuzów do półfinału byli strasznie wymagający? Albo czy triumfatorzy Euro czyli Portugalczycy, mieli w swoim zespole jakąś jasną postać przez calutki turniej, oprócz nastoletniego Sanchesa? Wydaje mi się, a właściwie jestem pewny, że nie! Poza jednorazowymi występami jak Ronaldo z Węgrami (dla niego pikuś!) czy Patricio z Francją (fakt, że w finale więc szacun). Docenić można Kroosa, Hamsika, Nainggolana, Naniego oraz Hazarda.
Atak to duet Bale - Griezmann, chociaż obaj są chyba bardziej przywiązani do skrzydeł. Jednakże utwierdzili nas w przekonaniu, że potrafią być liderami swoich nacji. Tu raczej nie ma nad czym dyskutować, mają za sobą fenomenalny turniej.
Kto najbardziej rozczarował? Proponuję następujące zestawienie: Hart - Dragović, Ramos, Cana - Sterling, Muller, Turan, Jarmołenko - Kane, Ibrahimović, Lewandowski
Sądzę, że każdy z powyższych zawodników miał wyższe ambicje co do swojej indywidualnej postawy, ale żeby nie było - większość z nich odbuduje się po nieudanych mistrzostwach i znowu zacznie błyszczeć formą w klubie. Jestem o tym święcie przekonany.
Poniżej skróty wszystkich bramek Euro 2016 z polskim komentarzem.

Niespodzianki

Największa to oczywiście Islandia. Chyba nikt się nie spodziewał, że są w stanie dojść aż do ćwierćfinału. Grupowi rywale, czyli Austriacy i Węgrzy byli w ich zasięgu, ale pokonanie Anglii przez kraj położony jeszcze bardziej na północ to już nie lada sensacja. Mówimy o występie na wielkim turnieju, na którym Islandczycy debiutowali. Już w fazie eliminacji okazali się być groźni nawet dla Holendrów, teraz ich postawa przerosła najśmielsze oczekiwania. Lars Lagerbäck zbudował silną ekipą w oparciu o Arona Gunnarssona i Gylfiego Sigurdssona. Wraz z graczami pokroju Birkira Bjarnasona czy Kolbeinna Sigthorssona powstał kolektyw. Francja pokazała swoją siłę wygrywając 5:2, jednak Euro w wykonaniu Islandii na zawsze zapadnie w mojej pamięci.
Druga w kolejności jest Walia, a znakomicie zagrała dwójka Aaron Ramsey - Gareth Bale. W obronie dzielił i rządził kapitan Swansea, Ashley Williams. Warto zauważyć, że był to udany turniej dla zawodników tego klubu - Fabiańskiego, Williamsa oraz Sigurdssona. Do tego obecny gracz Lille, Eder do niedawna również terminował w walijskim zespole. Szkoleniowiec Chris Coleman niewątpliwie zwrócił na siebie uwagę drużyn z Premier League. Pięknie wyeksponował zalety swojej ekipy, a ukrył wady. To samo uczynił Antonio Conte z reprezentacją Włoch. Walia uległa 0:2 Portugalii w półfinale, ale kibice witali ich w kraju jak bohaterów. Podobnie było też w przypadku Islandczyków.
Dwie drużyny ze wschodu, czyli Rosja, a także Ukraina chciałyby jak najszybciej zapomnieć o minionych rozgrywkach, które wyłaniają najlepszą ekipę na Starym Kontynencie co cztery lata. Dramatycznie słaba postawa nie mogła uciszyć konfliktów, które wyszły na jaw już przed samym turniejem. A już w trakcie niego okazało się, że w szatni Ukraińców znaleziono nie tylko puszki po piwach, ale również strzykawki. Bez komentarza.
Z reprezentacją Rosji nie jest najlepiej. Mundial w ich państwie zaczyna się już za dwa lata, a ci nie mają drużyny. Gdyby jeszcze było mało, to na dodatek głośno jest o aferach związanych z braniem dopingu przez lekkoatletów. Pewne jest też, że na Igrzyskach w Rio nie zobaczymy Marii Szarapowej.

Postawa Polaków

Natomiast wracając do spraw czysto piłkarskich, czas napisać kilka słów o postawie Polaków. Podczas meczów mogliśmy czuć autentyczną dumę. Jako jedyna nacja ani przez minutę (!) nie musieliśmy odrabiać strat. Niebywałe co z tą kadrą uczynił Adam Nawałka. Naprawdę zabrakło niewiele, abyśmy doświadczyli batalii o finał Polska - Walia. Jeden karny, który przesądził o wszystkim... Ale Kuba Błaszczykowski sam zdaje sobie sprawę z tego, że taka bywa piłka. Cieszmy się z tego gdzie zaszliśmy, bo gdyby nie jego trafienia to zapewne ćwierćfinał stanowiłby niespełnione marzenie. Nawet Robert Lewandowski i Arkadiusz Milik nie udźwignęli ciężaru zdobywania bramek spoczywającego na ich barkach. Sam Milik, jak każdy widział, powinien z tych zmarnowanych sytuacji uzbierać z 5 trafień. To na pewno nie była ta forma, której oczekiwali kibice. Łącznie dwa gole w ich dokonaniu, wrażenia na nikim na pewno to nie zrobiło. Pochwały należą się wszystkim defensorom (Jędza, Pazdan, Glik, Piszczek). Straciliśmy tylko dwa gole, najmniej spośród uczestników Euro.
Na koniec o Łukaszu Fabiańskim. Mecz ze Szwajcarią to jeden z dwóch wspaniałych popisów bramkarzy na tych mistrzostwach. Drugie tak wyjątkowo dobre zawody (spektakularne!) rozegrał tylko Rui Patricio w finale. Wiem co mówię, ponieważ sam patrzę z perspektywy golkipera, który ma odrobinę pojęcia o tym co mówi. Gdyby nie Fabiański nie byłoby ćwierćfinału. Kontuzja Wojtka Szczęsnego odniesiona w starciu z Irlandią Północną otworzyła Łukaszowi furtkę do przeżycia swojej własnej przygody na tym turnieju. Było to niesamowite przeżycie oglądać w dogrywce jak reprezentacyjny bramkarz broni główkę na refleks Derdiyoka. Za to wielki szacun, tak samo jak za obrony strzałów Ricardo Rodrigueza czy Ozila. A o tych karnych lepiej już zapomnieć. Dzięki Łukasz.