07 stycznia 2016

,,Niespełnione talenty- Freddy Adu, czyli jak rozmienić talent na drobne"

Za oknem śnieg, nie widziany już od prawie miesiąca oraz Święto Trzech Króli. W domu fotel, komputer i ciepła herbata, a pod lupę dzisiaj trafia jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk Football Managera. Poznajcie lub przypomnijcie sobie o Freddym Adu. Jako 14-letni chłopak był nazywany 'nowym Pele'.



Urodził się 2 czerwca 1989 roku w Temie, jako Fredua Koranteng Adu. Również wychowywał się w tym mieście położonym na południu Ghany. Gdy miał 8 lat, jego matka dostała zieloną kartę i wraz z rodziną przeniosła się do Rockville. W 2003 roku zostali obywatelami Stanów Zjednoczonych. Właśnie tam Adu uczęszczał do prywatnych szkół, a także grywał w młodzieżowych drużynach piłkarskich. Podczas jednego z turniejów U-14, na którym wybrano go MVP, wypatrzyli go skauci Juventusu i Lazio. W wieku 14 lat został wybrany w drafcie MLS przez ekipę D.C. United.
Pierwsze kroki w Major League Soccer postawił 3 kwietnia 2004 roku, stając się najmłodszym zawodnikiem w historii amerykańskiego sportu. Dwa tygodnie później strzelił swoją pierwszą bramkę w lidze. Wraz z zespołem D.C. United, trenowanym przez Piotra Nowaka, zdobył Puchar MLS. Zaliczył również świetne występy w młodzieżówce, czym zwrócił na siebie uwagę Manchesteru United czy Interu Mediolan. W 2006 roku zadebiutował w seniorskiej reprezentacji Stanów Zjednoczonych. Jego dorobek w kadrze zamknął się na 17-stu meczach, w których uzyskał 2 gole. Ostatni mecz w zespole narodowym rozegrał podczas Gold Cup 9 lipca 2009 z Hondurasem.
Następnie zaczął tułaczkę po świecie. Trafił do Salt Lake City, po czym jedyny raz w jego karierze, ktoś odważył się wyłożyć za niego gotówkę. Po przyjściu za 1,5 mln euro do Benfiki i spędzonym sezonie, został wypożyczony do AS Monaco także na rok. W ostatnich dniach letniego okna transferowego w 2009 roku, oddano go na 4 miesiące do pobliskiego Belenenses. Cały 2010 r. to epizod w Arisie Saloniki, a 6 miesięcy kolejnego- w tureckim Rizesporze. Do czerwca 2011 r. Benfika miała cierpliwość do faceta, jednakże wreszcie musiała się ona skończyć. Nieoszlifowany diament, nie robiący postępów na miarę możliwości, oddała za darmo Philadelphii Union. 24 marca 2013 r. trafił na kolejne wypożyczenie, tym razem do Bahii, ale 8 listopada z powrotem wrócił do USA. Po nieco ponad dwóch tygodniach, gdzie trenował w szeregach drużyny z Filadelfii, pożegnano się z nim bez żalu. Dopiero 25 lipca 2014 roku podpisał następny kontrakt. Jednak Freddy, który nigdzie nie spełnił należytych oczekiwań, strasznie się zniżył i być może niebawem zobaczymy go w polskiej Ekstraklasie. Jeszcze 1,5 roku temu wybrał serbską Jagodinę, by na Nowy Rok (2015) dostać newsa o rozstaniu. Pod koniec marca powiało go... do Finlandii, a konkretnie do zespołu KuPS z Kuopio. Nie wiem czy ma on pojęcie o skokach narciarskich, ale sezon dla skoczków dobiegł już końca tydzień wcześniej. Konkurs w Kuopio, który miał się odbyć 10 marca, odwołano z powodu niekorzystnej pogody i przeniesiono niewiele dalej, do Puijo. Ani nie spotkał Stocha ani nie odbudował formy, ponieważ w połowie lipca zakotwiczył w Tampa Bay Rowdies. Klub mało znany, ale jaka to ulga, że na ten moment to jego ostatni zespół!
Przykro patrzeć na to jak potoczyła się kariera 26-latka. Miał on przysłowiowe papiery na grę, ale chyba nie do końca poukładaną głowę, zapewne trafił też na nieodpowiednich ludzi. W piłce zdarzają się takie przypadki. Czy ktoś pamięta jeszcze o gwiazdkach Championship Managera, To Madeirze czy Maximie Tsigalko? Nawet Miles Jacobson, dający nastolatkowi potencjał w grze wynoszący -9, nic nie poradzi, gdy młokos trwoni talent, pieniądze, a po pięknej rubryce w Fmie pozostają tylko wspomnienia...

16 grudnia 2015

Historie (nie)zapomnianych klubów - Pogoń Lwów

Początki

We wrześniu 1899 roku, pracy w roli nauczyciela gimnastyki we lwowskim IV Gimnazjum podjął się Eugeniusz Piasecki. Starał się przekonać swoich podopiecznych do coraz to popularniejszej dyscypliny, jaką stawał się futbol. Już w grudniu utworzył pierwsze uczniowskie drużyny piłkarskie, które na wiosnę między sobą zaczęły rozgrywać mecze oraz turnieje. W 1904 roku drużyny uczniowskie przyjęły oficjalną nazwę: Klub Gimnastyczno - Sportowy IV-ego Gimnazjum. Zgodnie z nową nazwą, klub zrzeszono w ramach Towarzystwa Zabaw Ludu i Młodzieży. Był to wówczas trzeci polski zespół, w którym uprawiano piłkę nożną (po Lechii i Czarnych, czyli innych lwowskich klubach). W 1907 roku dwaj członkowie Pogoni, Karol Szajdej i Stanisław Polakiewicz dowiedzieli się z zagranicznego pisma o niebiesko-czerwonych kolorach czołowego wówczas angielskiego klubu, Evertonu F.C. z Liverpoolu. Wzorując się na najlepszych przyjęto te barwy, dodając jednocześnie kolor biały. Lwowski Klub Sportowy współdziałał przy założeniu Związku Polskiego Piłki Nożnej 25 czerwca 1911 roku. Działalność utworzyły Pogoń i Czarni Lwów, wsparte przez Cracovię i RKS Kraków. Pogoń była także współzałożycielem Polskiego Związku Piłki Nożnej (1919 r.) oraz Ligi Piłki Nożnej (1926 r.). W 1913 r. ZPPN zrzeszał aż 24 drużyny i działał do czasu wybuchu I wojny światowej. Jego prezesami byli Stanisław Kopernicki, Ludwik Żeleński oraz Ludwik Christelbauer.
Natomiast filią Pogoni w latach 1909- 1914 był JKS Jarosław, funkcjonujący pod nazwą Pogoń Jarosław. Pogoniarze są jednym z dwóch zespołów, które nigdy nie spadły z Ekstraklasy. Obok nich takim sukcesem może pochwalić się tylko Warszawianka, której sekcje piłkarskie zostały zlikwidowane w 1975 roku.

Obiekt

Jeden z najbardziej utytułowanych przedwojennych polskich klubów swoje mecze rozgrywał na stadionie koło Parku Kilińskiego we Lwowie. Budowę zainicjowano dzięki pomocy głównego sponsora, Ludwika Kuchara. Obiekt został oddany do użytku 1 maja 1913 roku, a jego pojemność wynosiła 10 tysięcy miejsc. Inauguracyjnym starciem było spotkanie z Cracovią, w którym to w barwach gospodarzy zadebiutował Wacław Kuchar, późniejsza legenda klubu i całego polskiego sportu. Zawodnik grający w barwach Pogoni w latach 1912- 1935, tuż po ukończeniu studiów na Politechnice Lwowskiej został wcielony do wojska austriackiego w 1915 roku. Jako ochotnik w stopniu podporucznika został przyjęty do Wojska Polskiego w listopadzie 1918 roku. Awansował na szczebel porucznika, a za udział w heroicznych walkach w obronie Polski i Lwowa, odznaczono go pięcioma Krzyżami za zasługi. Myślę, że krótka wzmianka historyczna o ikonie czterokrotnych mistrzów Polski jest jak najbardziej słuszna. Wielu zawodników Pogoni od listopada 1918 roku walczyło w wojnie polsko-ukraińskiej. Na liście sportowców, którzy oddali życie w walce o niepodległość znajduje się 57 członków LKS Pogoń. Co do stadionu, to od momentu powstania do 1938 r. nazywano go Stadionem za Rogatką Stryjską. 30 października 1938 r. oficjalnie nadano mu imię Marszałka Polski Edwarda Śmigłego- Rydza.
Poniżej zdjęcie Wacława Kuchara.


Powojenne zmiany

W maju tego samego roku Związek Polskich Związków Sportowych przyznał Pogoni tytuł najlepszego i najbardziej zasłużonego klubu w Polsce. Powołano w nim także inne sekcje, jak tenis ziemny (1909 r.) i stołowy (1930 r.), łucznictwo (1932 r.), saneczkarstwo (1908 r.) czy kajakarstwo (1932 r.). Po wojnie, Polacy ze wschodnich ziem zabranych znaleźli się wśród animatorów piłki nożnej na ziemiach zachodnich. W oparciu o byłych piłkarzy Pogoni odtworzono w Bytomiu, gdzie osiedliło się wielu lwowiaków- Polonię. Zespół przyjął niebiesko-czerwone barwy, a na cześć zawodników Pogoni Lwów zrobiły to również drużyny- Pogoni Szczecin, Piasta Gliwice, Odry Wodzisław oraz Odry Opole. Pogoń przestała istnieć...

Odbudowa

W styczniu 2009 r., dzięki staraniom młodych Polaków mieszkających i studiujących we Lwowie, klub został reaktywowany. Pomoc okazał Konsulat RP we Lwowie oraz Fundacja ,,Semper Fidelis", która przekazała dotację na działalność. Drużynie pomagało też istniejące już wcześniej Stowarzyszenie Sympatyków LKS Pogoń Lwów (SSPL). Na czas spotkań zaczęto wynajmować boisko Dynama Lwów, przy ulicy Janewa 10.W 2010 roku sponsorami klubu zostały firmy PZU Ukraina oraz Fabryka Farb i Lakierów Śnieżka. Pogoń wystartowała w rozgrywkach ligi okręgowej obwodu lwowskiego. Wygrała w nich i awansowała do Wyższej Ligi Obwodowej, czyli na piąty szczebel. Przez kilka lat wykreowała się współpraca z kilkoma ekipami: Chrobrym Głogów, Polonią Przemyśl, Barciczanką Barcice czy Legią Warszawa. Od stycznia br. sponsorem zespołu jest Agencja Pracy OTTO. Sezon 2015 pierwsza drużyna Pogoni zakończyła na dziewiątym, przedostatnim miejscu w IV lidze. Od 2009 roku prezesem jest Marek Horbań. Od 2012 roku pierwszym szkoleniowcem jest Ukrainiec Konstantyn Lemiszko. Również od tamtej pory stroje pierwszej drużynie dostarcza firma Colo, natomiast juniorom hiszpańska Joma. Oczywiście niezmiennie kolory obowiązujące to biały, czerwony i niebieski.
Tym samym kończę swoją opowieść o przedwojennym czterokrotnym Mistrzu Polski. Osobiście trzymam kciuki za odbudowanie tego utytułowanego klubu i życzę samych sukcesów!



Wyniki ze wszystkich sezonów Pogoni Lwów
  • 1904: powstanie klubu
  • 1912: zdobycie miana drużyny pierwszej klasy
  • 1913: 3. miejsce w mistrzostwach Galicji
  • 1914: 3. miejsce w niedokończonych mistrzostwach Galicji
  • 1920: 1. miejsce w niedokończonych mistrzostwach Lwowa
  • 1921: 1. miejsce w mistrzostwach Lwowa. 4. miejsce w mistrzostwach Polski
  • 1922: 1. miejsce w mistrzostwach Lwowa. Mistrzostwo Polski
  • 1923: 1. miejsce w mistrzostwach Lwowa. Mistrzostwo Polski
  • 1924: 1. miejsce w mistrzostwach Lwowa
  • 1925Mistrzostwo Polski
  • 1926: 1. miejsce w mistrzostwach Lwowa. Mistrzostwo Polski
  • 1927: 4. miejsce w Lidze
  • 1928: 6. miejsce w Lidze
  • 1929: 9. miejsce w Lidze
  • 1930: 7. miejsce w Lidze
  • 1931: 4. miejsce w Lidze
  • 1932: 2. miejsce w Lidze
  • 1933: 1. miejsce w grupie wschodniej, 2. miejsce w grupie mistrzowskiej Ligi
  • 1934: 6. miejsce w Lidze
  • 1935: 2. miejsce w Lidze
  • 1936: 6. miejsce w Lidze
  • 1937: 6. miejsce w Lidze
  • 1938: 5. miejsce w Lidze
  • 1939: 3. miejsce w niedokończonej Lidze
  • 2010: 1. miejsce w II lidze regionalnej obwodu lwowskiego (VI liga krajowa)
  • 2011: 7. miejsce w Wyższej Lidze obwodu lwowskiego (V liga krajowa)
  • 2012: 7. miejsce w Premier Lidze obwodu lwowskiego (IV liga krajowa)
  • 2013: 9. miejsce w Premier Lidze obwodu lwowskiego (IV liga krajowa)
  • 2014: 10. miejsce w Premier Lidze obwodu lwowskiego (IV liga krajowa)
  • 2015: 9. miejsce w Premier Lidze obwodu lwowskiego (IV liga krajowa)

01 grudnia 2015

Wspomnień czar- MŚ w Niemczech 1974...



Najlepszy i zarazem mój ulubiony turniej piłkarski, z udziałem naszej reprezentacji to Mistrzostwa Świata, które odbyły się w 1974 roku w Niemczech. Wiążą się z nim same miłe wspomnienia. Choć jeszcze wtedy nie było mnie na świecie, to w wieku dziewięciu lat byłem świadomy tego, co nasi kopacze zdziałali podczas swojego drugiego uczestnictwa w najważniejszych rozgrywkach globalnych. Skróty meczów pełnych emocji, wywołanych przez ś.p. Jana Ciszewskiego, obejrzałem po raz pierwszy podczas Euro 2004 odbywającego się w Portugalii. Byłem pod ogromnym wrażeniem poziomu zaprezentowanego przez Orłów Górskiego. Zacznijmy jednak od początku...

Amerykańskie tournee


42 lata temu ligowe rozgrywki krajowe dobiegły końca. Po zdobyciu rok wcześniej złotego medalu olimpijskiego w Monachium, amerykańska Polonia koniecznie chciała zobaczyć na własne oczy bohaterów tamtego turnieju. W czasie letniej przerwy reprezentacja Polski udała się więc na kilkunastodniową podróż za Ocean Atlantycki. Trener Kazimierz Górski nie mógł zabrać trzech poważnie kontuzjowanych graczy- Włodzimierz Lubańskiego, Zygmunta Anczoka oraz Jerzego Kraski. Swoją szansę otrzymali debiutanci: dwaj Andrzejowie, Drozdowski oraz Szarmach. Diabeł podczas pierwszego spotkania wyjazdowego zanotował debiut, który zapoczątkował jego wielką karierę na arenie międzynarodowej. 1 sierpnia 1973 roku nasz zespół pokonał w Toronto 3:1 Kanadę. Dwa gole strzelił Robert Gadocha, a jednego dołożył Jerzy Gorgoń. Ten to miał kopyto! Jednak mecz znaczył dużo więcej z innego powodu. Pierwszy raz kapitańską opaskę założył Kazimierz Deyna, który z krótkimi przerwami miał pełnić tę funkcję przez 5 lat. Dwa dni później w Chicago Polacy wygrali 1:0 ze Stanami Zjednoczonymi po golu Henryka Kasperczaka. Natomiast 5 sierpnia ograliśmy Meksyk, ponownie 1:0, tym razem po bramce Gorgonia. Mecz odbył się w Los Angeles, a po trzech dniach nastąpił kolejny, w meksykańskim Monterrey. Biało-czerwoni zwyciężyli gospodarzy 2:1, po bramkach Gorgonia i Gadochy. 10 sierpnia w San Francisco pokonali Amerykanów 4:0, dwa gole strzelił Kazimierz Kmiecik, a po jednym Szarmach i Zenon Kasztelan. Ostatni mecz międzypaństwowy podczas tego pobytu nasi rozegrali 12 sierpnia w New Britain, gdzie niespodziewanie ulegli 0:1 drużynie gospodarzy. 
Ten wyjazd wyjaśnił Górskiemu kilka spraw personalnych. Przede wszystkim z kadrą narodową pożegnał się rezerwowy bramkarz Marian Szeja oraz prawoskrzydłowy Jan Banaś. Żadnego oficjalnego meczu w pierwszej reprezentacji nie zagrali już u niego Drozdowski, Kasztelan, a także Krzysztof Rześny. Okazało się również, że na tą chwilę Jan Domarski przewyższał umiejętnościami Szarmacha, którego czas miał nadejść w Mistrzostwach Świata 74'. 
Kadra nie wróciła zza oceanu prosto do Warszawy, ponieważ miała jeszcze zakontraktowany mecz z Bułgarią w Warnie. Widząc luki w składzie selekcjoner wezwał trzech piłkarzy. I to jeden z nich zdobył obie bramki w wygranym 2:0 meczu, który odbył się 19 sierpnia 1973 roku. Napastnik Stali Mielec, Grzegorz Lato błysnął nad Morzem Czarnym kapitalną formą. Właśnie tak hartowała się drużyna przed decydującą batalią z Anglią w Londynie, która miała zadecydować o tym czy awansujemy na MŚ. Po remisie 1:1 na Wembley ta sztuka udała się naszym kadrowiczom, a po latach możemy wspominać niefortunną interwencję Petera Shiltona przy strzale Domarskiego oraz wyśmienicie dysponowanego tamtego dnia Jana Tomaszewskiego. Wtedy w Londynie zagrało dziesięciu uczestników eskapady do Ameryki Północnej oraz Lato. Tournee zakończyło się powodzeniem, owoce tego wyjazdu miały zostać zebrane następnego roku...


Trzech muszkieterów


Trzon sztabu szkoleniowego stanowili Kazimierz Górski oraz jego asystenci- Jacek Gmoch i Andrzej Strejlau. Ten ostatni poznał selekcjonera w 1964 roku, gdy ściągnął go do Gwardii Warszawa. Paskudna kontuzja pokrzyżowała jednak plany Strejlauowi, którego dzisiaj możemy oglądać na antenie TVP występującego w roli eksperta.
-Kazimierz był wizjonerem, doskonałym analitykiem, miał wyczucie, które pozwalało mu bardzo rzadko się mylić. Dla mnie Kazio był człowiekiem Wschodu, lwowiakiem, a ludzie stamtąd najczęściej obdarzeni są cechami charakteru najbardziej pożądanymi. On niesamowicie kochał ludzi, a przy okazji traktował ich niebywale poważnie. Kazimierz był mistrzem w wygłaszaniu treści oczywistych. Piłka jest okrągła, bramki są dwie, można wygrać, przegrać i zremisować. To niby banał, ale ważne jednak, jak te treści się głosi, w jakich okolicznościach i do kogo. Zawsze miał poczucie, że wszystko co się robi, można zrobić jeszcze lepiej. Ale jego najwspanialszą cechą była umiejętność rozmawiania z ludźmi - tak wspomina legendarnego trenera, pan Andrzej Streajlau.
- Mnie zdumiewała jego nieprawdopodobna wręcz przenikliwość. To nie był człowiek, którego interesowały wyłącznie trening i mecz od pierwszej do ostatniej minuty. On nami żył, my żyliśmy nim. Z dobrym skutkiem dla wszystkich. Wystarczyło, że jednemu z nas się dobitnie przyjrzał i już wiedział, co boli człowieka. Był geniuszem motywacji. Gdy któryś z nas pochwalił jakiegoś gracza z drużyny, z która mieliśmy się zmierzyć, od razu mówił, że to normalny przeciwnik. Może miał głośniejsze nazwisko, może rywale przed nim drżeli, ale nas to nie powinno obchodzić - uważa Zygmunt Maszczyk, jeden z podopiecznych Orłów Górskiego.
Ciekawostka. Co łączy trójkę trenerów? Każdy z nich, oprócz klubów polskich, prowadził również greckie. Górski oraz Gmoch byli autorami sukcesów zarówno Panathinaikosu Ateny, jak i Olympiacosu Pireus. Natomiast ścieżki życiowe Gmocha i Streajlaua, zaprowadziły obu w latach 80-tych na Nizinę Tesalską, do greckiej Larisy. Był w ich karierze trenerskiej piękny czas, w którym cała trójka podjęła się zadania wzniesienia polskiej reprezentacji na szczyt. I ta próba, co najważniejsze, powiodła im się.



MŚ 74'


16 zespołów zostało podzielonych na 4 grupy czterozespołowe. W rundzie zasadniczej mieliśmy zmierzyć się z Argentyną, Haiti, a także z Włochami. 15 czerwca 1974 w Stuttgarcie odbyło się pierwsze spotkanie. Oficjalna piłka mistrzostw Telstar, została ulokowana w bramce Argentyńczyków jako pierwsza. Najpierw w 7. minucie Grzegorz Lato, a za chwilę Andrzej Szarmach posłali dwa gongi Albicelestes. Ci złapali kontakt w 61. minucie, lecz już dwie minuty później odskoczyliśmy im, ponownie za sprawą Laty. W 67. minucie padła ostatnia bramka w meczu, w którym odnieśliśmy zasłużone zwycięstwo. 
- To był fantastyczny mecz, a niemiecka prasa pisała, że w ogóle najlepszy we wstępnej fazie grupowej. Horror w sumie, bo Argentyna ani zamierzała się poddawać i goniła wynik. Wyszło z tego 3:2 dla nas. Jeśli wtedy ktoś mówił, że sprawiliśmy niespodziankę, to później musiał zmienić zdanie- tak opisuje zwycięstwo Maszczyk. 
Przyszła pora na egzotyczne zmagania z Haiti. Dodam tylko, że za wygraną dopisywało się jeszcze wtedy dwa oczka zamiast trzech. Okazały triumf 7:0 i pewny awans do następnej rundy. Strzelcy bramek- Lato 2, Deyna, Szarmach 3, Gorgoń. Włosi także zostali pozbawieni wszelkich złudzeń. Zagraliśmy wtedy dobrą piłkę, organizacja gry stała na wysokim poziomie. Ponownie Stuttgart okazał się być dla nas szczęśliwy. Piękna główka Szarmacha oraz piekielnie mocny strzał z dystansu Deyny oznaczały dla Włochów powrót do domu.



Warte wspomnienia są dwie historie z tego meczu. Pierwsza, gdy przy strzelonym golu Deynie pękł but i musiał zmienić go w przerwie spotkania. Druga rzuca cień na postawę Roberta Gadochy. Trzydzieści lat po mundialu ustalono, że Argentyńczycy postanowili zadbać o motywację Polaków przed meczem z Włochami. Wynegocjowali oni, że każdy zawodnik i dwaj trenerzy za zakładany awans do drugiej rundy, oddadzą Polakom po tysiąc dolarów ze swojej premii. W sumie 24 tysiące dolców. Do przekazania pieniędzy zobowiązał się Ruben Ayala, który sześć tysięcy miał przywłaszczyć sobie za fatygę. Sprawa wyszła na jaw, gdy po latach Lato i Ayala zetknęli się w jednym klubie.
Polacy ostatecznie skończyli rozgrywki grupowe na pierwszym miejscu z kompletem sześciu punktów. Następnie, trafili w drugiej rundzie do grupy ze Szwecją, Jugosławią i RFN. Mecz ze Szwedami był najgorszym podczas mistrzostw w naszym wykonaniu. Jednakże potrafiliśmy wygrać po golu Laty i zażegnać chwilowy kryzys. Piłkarze ze Skandynawii mieli rzut karny, jednak Jan Tomaszewski pewnie go wyłapał. Stuttgart po raz trzeci przyniósł szczęście. Dwa kolejne spotkania rozgrywaliśmy na Waldstadion we Frankfurcie nad Menem. Z Jugosławią zwyciężyliśmy 2:1, po bramkach Deyny z karnego oraz Laty. Wynik ten pozwalał nam myśleć o pierwszym miejscu, które oznaczało grę w wielkim finale w Monachium. Niemcom wystarczał remis. Warto podkreślić, że chodzi tutaj o RFN. Przed obaleniem muru berlińskiego istniał bowiem podział na Niemcy wschodnie i zachodnie. NRD odpadło na tym samym etapie co obrońcy tytułu, Brazylijczycy. Zakwalifikowali się oni jednak do małego finału- meczu o trzecie miejsce. My z kolei musieliśmy stawiać czoła gospodarzom, na murawie przesiąkniętej wodą. Świetnie zapowiadające się widowisko zepsuła pogoda. Fatalne warunki atmosferyczne umożliwiały przełożenie meczu, jednak austriacki sędzia nie zgodził się na to. Wydarzenie opisano w książce ,,Walka o Puchar Świata. W blasku Złotej Nike 1930- 1974": ,,O godzinie 15:15 zaczęła się na głównej płycie rozgrzewka obu drużyn i w tym samym momencie lunął deszcz. W ścianie wody nie sposób było odróżnić zawodników. Polacy wytrwale biegali po boisku, lecz w końcu dali za wygraną. Zaraz potem poszli w ich ślady zawodnicy RFN. Został tylko tłum 60 tysięcy widzów, nieczuły na nic, zastygły w nadziei, że lada chwila przestanie padać. Nie przestawało. Murawa przypominała jedno wielkie bajoro, źle drenowany stadion prawie w ogóle nie przyjmował wody." W końcu zapadła decyzja by grać. Byliśmy lepsi, jednak to Niemcy Wschodnie przeszły do finału, po bramce Gerda Mullera. Wcześniej Tomaszewski obronił jedenastkę wykonywaną przez Uliego Hoenessa. Tak na prawdę najlepszymi drużynami rozgrywek były Polska i Holandia, gdyż grały najatrakcyjniejszy futbol.



W finale pocieszenia ograliśmy w Monachium Brazylię 1:0. Cofając się wstecz do kronik, można przytoczyć festiwal strzelecki Polski i Brazylii podczas MŚ w 1938 roku. Spotkanie skończyło się wynikiem 6:5 dla Canarinhos, a prym w wykańczaniu akcji wiedli Leonidas, a także Ernst Wilmowski. Tymczasem w meczu o trzecią lokatę kolejnego gola do swojego dorobku dołożył Grzegorz Lato, zostając królem strzelców z siedmioma trafieniami. Triumf w całym turnieju odniosła Republika Federalnych Niemiec, wygrywając z Holandią 2:1.
Cała kampania zakończyła się sukcesem. Przed rozgrywkami na naszych piłkarzy nikt nie stawiał, a ci zaskoczyli cały piłkarski świat. Sukcesy w postaci dwóch medali olimpijskich oraz dwóch na Mistrzostwach Świata, wydają się być poza zasięgiem na długi czas. Klamrą należy spiąć okres 10-ciu lat, które były fantastyczne dla naszej reprezentacyjnej piłki. Mieliśmy niesamowite pokolenie piłkarzy grających na przestrzeni od 1972 do 1982 roku, a do tego wybitnych trenerów (Górski i Piechniczek). Jedyne co w życiu pozostaje to wspomnienia, a tych piłkarskich powinno być coraz więcej wraz z biegiem czasu. Na koniec pokażę Wam bezcenny dla mnie suwenir. Pamiątkę, która będzie dla mnie szczególna zawsze i nieraz odświeży mi pamięć znakomitej generacji.


10 listopada 2015

,,Gwiazda na życzenie- Ruben Neves"

Latem, jak niemal co roku, skład FC Porto uległ zmianom. Smoki oddały zawodników za sumę ponad 120 mln euro, zaś nowe nabytki kosztowały ich łącznie 36 mln. Najwięcej zarobili na sprzedanym do Atletico Jacksonie Martinezie - 35 mln. Stracili także dwóch bocznych obrońców - Danilo, który przeszedł za 31,5 mln do Realu Madryt oraz Alexa Sandro, który za 26 mln powędrował do Juventusu. Większość budżetu transferowego została przeznaczona na pozyskanie z Marsylii utalentowanego pomocnika, Giannelliego Imbulę. Stanowi on trzon zespołu w środka pola wraz z wychowankiem ekipy z Estadio do Dragao. Przedstawię Wam dzisiaj profil przyszłej gwiazdy reprezentacji Portugalii - Rubena Nevesa.



Neves przyszedł na świat w Porto. Do szkółki klubu trafił w 2005 roku jako ośmiolatek, a już dziesięć lat później został kapitanem drużyny seniorskiej. Pierwszy raz głośno zrobiło się o nim 15 sierpnia 2014 roku, kiedy to w debiucie przeciwko Maritimo zdobył gola. Miał wtedy 17 lat i 5 miesięcy. Ustanowił tym samym nowy rekord w dziejach Smoków. Siedem dni po tym wyczynie został najmłodszym zawodnikiem, który zagrał w barwach Porto w LM, a przy okazji też najmłodszym Portugalczykiem, który wystąpił w tych elitarnych rozgrywkach (miesiąc starszy był Cristiano Ronaldo). W domowym meczu z Maccabi Tel Awiw, mając 18 lat i 221 dni został najmłodszym kapitanem w dziejach Champions League.W pierwszym zespole rozegrał jak dotąd 46 meczów, natomiast powołanie do kadry narodowej stoi przed nim otworem.
Jego dotychczasowa kariera jest modelowa i uosabia marzenia wielu chłopaków pochodzących z tych rejonów. Na północy kraju zapanowała prawdziwa Nevesomania. Gra on zbyt dobrze, by było o nim cicho. Zawodnik jak na swój wiek imponuje dojrzałością w grze i boiskową inteligencją.
 - Może z powodzeniem grać na pozycjach numer 6 i 8. Jego umiejętności w połączeniu ze sprytem i bardzo dobrą techniką, pozwalają na swobodną kontrolę nad piłką. Dziś jest jeszcze za wcześnie, by określić, która z pozycji w linii pomocy będzie dla niego optymalną - takimi słowami opisuje go lokalny dziennikarz Mario Silva.
W marcu skończy zaledwie 19 lat, a kibice już teraz nie wyobrażają sobie ekipy bez tego piłkarza. Cena za gracza wzrasta z miesiąca na miesiąc. Kwota, za którą mógłby opuścić klub będzie kosmiczna. Na razie nie jest jednak na sprzedaż. Potwierdzają to słowa prezydenta klubu. - Ma z nami kontrakt do 2019, a nie jak twierdzą niektórzy do 2017 roku. Nie chciałbym nigdy sprzedawać Rubena. A ponieważ chcę go tu zatrzymać na długo, ma szansę stać się jednym z najwspanialszych kapitanów w historii Porto - przekonuje Pinto da Costa.
Kibice również wierzą, że wychowanek na lata pozostanie w drużynie ze Stadionu Smoka i pomoże jej w dołożeniu kolejnych trofeów do bogatej kolekcji. Bo tylko bajeczna oferta jest w stanie rozerwać więź panującą między Nevesem, a fanami zespołu.

16 października 2015

,, Podsumowanie eliminacji Mistrzostw Europy 2016"

Panie Turek, kończ pan to spotkanie! Aż wreszcie gwiżdże i następuje ta upragniona przez wszystkich feta. Jedziemy na trzecie z rzędu Mistrzostwa Europy! Wprawdzie jedne z nich zawdzięczamy temu, że byliśmy gospodarzami imprezy, jednak nie umniejsza to miary wyczynu kadrze Nawałki. Jestem przekonany, że jego gang, który musiał przebrnąć przez kwalifikacje, spisze się we Francji lepiej niż kadra Smudy, która z góry miała zapewniony udział w turnieju.
Ostatnie zawody zaczęliśmy fantastycznie. W 13. minucie po wrzutce z rzutu rożnego Kamila Grosickiego, nasz najlepszy def-pom przyjął piłkę i uderzył nisko tuż przy słupku, a piłka ku uciesze publiczności zatrzepotała w sieci. Była to kolejna bramka piłkarza Sevilli w kategorii najważniejszych meczów. Wcześniej uczynił to w finale Ligi Europy w maju, również tutaj, na Stadionie Narodowym. Chwila radości i... wysoko uniesiona noga Pazdana tuż przed polem karnym. Jednakże Cuneyt Cakir wskazał na jedenastkę, którą pewnym strzałem na gola zamienił Walters, na co dzień gracz Stoke City. Podyktowanie w tej sytuacji rzutu karnego, wydawało się wszystkim zgromadzonym na obiekcie, kompletnie niezrozumiałą decyzją arbitra. Graliśmy dalej, w 42. minucie nastąpiła ekstaza po miękkim i ciętym dograniu Mączyńskiego na głowę Lewandowskiego. Do szatni schodzimy przy wyniku 2:1, dobrym lecz niebezpiecznym. 
Spotkanie obfitowało w nieliczne okazje pod obiema bramkami, a jedyna poważna sytuacja w drugiej połowie dla Irlandczyków, stworzyła się za sprawą strzału głową osamotnionego Keogha. My mieliśmy kilkanaście minut wcześniej jeszcze lepszą. Oko w oko z Randolphem stanął Grosik, ale uderzył wprost w niego. Na dobrą sprawę już wtedy mogliśmy wybić z głowy marzenia o awansie piłkarzom z Wysp. A tak, drżeliśmy do ostatnich sekund, aby nie wypuścić zwycięstwa z rąk, tak jak stało się to w Dublinie. Warto odnotować wspaniałe zachowanie Lewego w końcowych fragmentach meczu. To jak utrzymywał się przy piłce, grając na czas, świadczy o klasie. Sfrustrowany tym, że w jednej z ostatnich akcji, nie dogoni napastnika Bayernu, był John O'shea, za co wyleciał z boiska po otrzymaniu drugiej żółtej kartki. Pięć minut po tym wydarzeniu w głośnikach płynął już utwór ,,Bałkanica". To że będzie zabawa nie było najmniejszych wątpliwości. Ja jednak staram się tonować optymizm, bo owszem, trzeba cieszyć się awansem, ale prawdziwa robota do zrobienia dopiero przed zawodnikami. Nie wszyscy ze świętujących znajdą się w 23-osobowej kadrze na ME, o czym uświadomiłem sobie tuż po zakończeniu spotkania. 
Walka z Wyspiarzami zawsze jest ostra i nie należy do najprzyjemniejszych. 13 listopada zamiast Walii (zmiana nastąpiła wskutek chęci gry na Millennium Stadium z Portugalią), zmierzymy się w towarzyskiej potyczce w Warszawie z Islandią. Sprawdzimy kolektyw zespołu, którego gwiazdami są Gylfi Sigurdsson (poprzednio Tottenham, obecnie Swansea), Kolbeinn Sigthorsson (Ajax, Nantes) oraz Birkir Bjarnason (Pescara, Basel). 4 dni później zagramy we Wrocławiu z Czechami, czyli kolejną drużyną zakwalifikowaną do Euro. Dojdzie do symbolicznego rewanżu za pamiętny, ostatni mecz fazy grupowej Euro 2012. Wtedy to ulegliśmy południowym sąsiadom 0:1, teraz powinniśmy się zrehabilitować. 
Jeśli myślicie, że to koniec mojego produkowania się dla Was to się... grubo mylicie. W tym wydaniu ochoczo napiszę o najważniejszych momentach kulminacyjnych eliminacji czy też zrobię zestawienie zespołów walczących o baraż. Zestawienie, czyli precyzyjne określenie kto jest rozstawiony, a kto nie. Wszystko, czym bym się nie zajmował, musi być przejrzyste, wtedy jest to przyjemne dla oka. Zacznijmy od drużyn zakwalifikowanych na turniej, które w rozstawieniu znajdą się w pierwszym koszyku. Francja wystąpi jako gospodarz, a dalej, wedle rankingu krajowego UEFA 2015 są to: Niemcy, Hiszpania, Anglia, Portugalia oraz Belgia. W drugim: Włochy, Rosja, Szwajcaria, Austria, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina (baraż). W trzecim: Ukraina (baraż), Czechy, Szwecja (baraż), Polska, Rumunia, a także Słowacja. Natomiast w czwartym: Węgry (baraż), Dania (baraż), Turcja, Irlandia (baraż), Norwegia (baraż), Słowenia (baraż), Islandia, Walia, Albania, Irlandia Północna. 
4 reprezentacje oznaczone barażem odpadną. Każdy zwycięzca spośród czterech par pojedzie do Francji. Wtedy dojdzie również do przetasowania w koszykach, ponieważ niektóre ekipy w wypadku wygranej mają szanse na wyższe rozstawienia (patrz Bośnia). Losowanie par barażowych 18 października w Nyonie. Mecze odbędą się 12-14 i 15-17 listopada. Losowanie fazy grupowej odbędzie się 12 grudnia w Paryżu. Mecz otwarcia zaplanowano na 10. czerwca, a finał na 10. lipca.
Koniec części I

11 października 2015

,,Ostatnie rozdanie selekcjonera"

Już dziś kluczowy moment eliminacji do Euro 2016, gramy na Narodowym z Irlandią. Do awansu wystarczy nam remis, ale nie wyższy niż 1:1. Oczywiście każda wygrana premiuje naszą drużynę. Irlandczycy wystąpią bez bramkarza- legendy, Shaya Givena. Pod znakiem zapytania stoi również występ jednego z czołowych prawych obrońców Premier League, Seamusa Colemana. Kręgosłup tworzyli dotąd doświadczony golkiper, John O'shea, James McCarthy i Robbie Keane, a ostatnio Shane Long. O tym jak bardzo jest niebezpieczny pod bramką przeciwnika przekonaliśmy się już w pierwszym meczu na Aviva Stadium, doświadczyli tego też ostatnio Niemcy. W ekipie biało-czerwonych na pewno zabraknie Arka Milika, Macieja Rybusa oraz Tomasza Jodłowca. Milik dał w tych eliminacjach 6 goli i tyle samo asyst, Rybus został odkryciem na lewej obronie i wybawcą reprezentacji na tej pozycji, natomiast Jodła zapewniał walkę w środku pola i niezłe wyprowadzenie akcji. Czy zostaną załatane dziury podczas ich nieobecności? Do podstawowego składu, w miejsce dwóch pierwszych, awizowani są Karol Linetty i Jakub Wawrzyniak. A teraz o tym co niezwykłego wydarzyło się w czwartek...
Mecz ze Szkocją zaczęliśmy znakomicie, bo wynik już w 3. minucie otworzył najlepszy snajper rozgrywek, Robert Lewandowski. Do 30. minuty mieliśmy widoczną przewagę, jednak za bardzo ustąpiliśmy pola gospodarzom i daliśmy im dojść do głosu. W 45. minucie wyrównali, za sprawą wspaniałego strzału Matta Ritchiego. Tuż po przerwie dobrą okazję wypracował sobie Milik, jednak jego strzał prawą nogą dobrze sparował na rzut rożny David Marshall. Do 60. minuty niby wszystko było pod kontrolą, ale niepotrzebna strata w środku boiska Grosika zainicjowała akcję bramkową, którą finezyjnym uderzeniem wykończył napastnik Sunderlandu, Steven Fletcher. Szkoci cofnęli się, zmuszając nas do przebijania się przez ich obronny mur. Poczynania naszej drużyny były bezskuteczne aż do 93. minuty. Wtedy to po faulu Ritchiego na Kamilu Gliku dostaliśmy rzut wolny około 35 metrów od bramki. Płaskie dośrodkowanie Grosickiego po rykoszecie zatrzymało się na słupku, a na piłkę z impetem nabiegł Lewy, wślizgiem kierując ją do bramki. Emocjonujący mecz to bajka, ale gdy ważą się losy awansu na ważną imprezę twojego zespołu narodowego, takie chwile są bezcenne. Dalej liczymy się w walce o drugą lokatę, ale przy naszej porażce na Hampden Park i zarazem zwycięstwie 1:0 Irlandii nad Niemcami, potrzebowalibyśmy zwycięstwa do uniknięcia baraży. W obecnej strukturze wydarzeń nie jesteśmy postawieni pod ścianą, jednak warto postawić kropkę nad i. Wybiegamy jedenastką: Fabiański- Piszczek, Glik, Pazdan, Wawrzyniak- Olkowski, Krychowiak, Linetty, Grosicki- Mączyński- Lewandowski wyłącznie po 3 punkty!

27 września 2015

,,Gwiazda na życzenie- Riyad Mahrez"

Odkrycie

Zawodnik jeszcze kilka lat temu nie mógł nawet marzyć o podboju Premier League. Dzisiaj jest jedną z jej gwiazd, a także skrzydłowym, na którym opierają się ataki Leicester City. Szybki, zwinny oraz świetny technicznie, kręcący obrońcami niczym karuzela, obracająca ludzi na swych najwyższych możliwych obrotach. 
Urodził się we Francji, 21 lutego 1991 roku w Sarcelles. Jego rodzicami są Algierczyk i Marokanka. Wybrał reprezentację ojca, który zmarł przed kilkoma laty. Gdy był osiemnastolatkiem, usłyszał że czwartoligowe francuskie Quimper nie zaoferuje mu kontraktu. Rozpłakał się, coś w nim pękło. Na zawodowstwo przeszedł dopiero w wieku dziewiętnastu lat. Poprzedni sezon, po awansie Lisów do Ekstraklasy, był jego pierwszym na najwyższym poziomie rozgrywek. Wcześniej grywał w niższych klasach we Francji, między innymi w Ligue 2 dla Le Havre. Mogło się wydawać, że to jego maksymalny poziom, miał przebłyski, ale nie był wiodącą postacią. Po Algierczyka zgłosili się działacze Leicester, wykładając za niego pół miliona euro. Jak mówi ówczesny szef skautingu, otrzymali polecenie znalezienia taniego skrzydłowego, któremu niebawem wygasa kontrakt. Założyli, że kandydat musi być w przedziale wiekowym 20-22. Drogą eliminacji uznali, że najbardziej właściwy wybór to Mahrez. Poszedł on więc do jednej z najbardziej wymagających fizycznie lig na świecie, czyli Championship.

Nie na sprzedaż

Przyjście Claudio Ranieriego zapoczątkowało kolejny rozdział w jego karierze. Dostał więcej luzu, porusza się z piłką przy nodze i nie musi przykładać wielkiej wagi do zadań defensywnych. Dziś zajmuje wysokie miejsca we wszystkich istotnych dla piłkarza ofensywnego rankingach. Po 22. kolejkach ma już na koncie 13 bramek i 7 asyst. Włoski trener zapowiedział, że w tym momencie pomocnik nie jest na sprzedaż za żadną cenę. Zapytania o niego spływają lawinowo. Prędzej czy później trafi do potentata. Obecnie jest wart 11 mln euro (wg portalu transfermarkt.de), a kontrakt z Leicester obowiązuje go do 30 czerwca 2019 roku. Prezes francuskiego klubu twierdzi, że wypuszczenie takiego piłkarza w świat było wielkim honorem. 
Jak daleko zajdzie Mahrez? Trafi do Hiszpanii czy do Włoch, rozwinie się tam czy też zgaśnie? Wreszcie, czy kontuzje ani sodówka nie przeszkodzą mu w prawidłowym procesie rozwoju? O tym przekonamy się już wkrótce.

15 września 2015

,,Liga Mistrzów"

Inauguracja 24-tej edycji

Kilkanaście dni temu minęło 60 lat od pierwszego meczu rozegranego w najważniejszych europejskich rozgrywkach klubowych. Dzisiaj natomiast startuje 24-ta edycja od kiedy noszą nazwę Champions League. W fazie grupowej wystąpią drużyny z siedemnastu federacji piłkarskich zrzeszonych w UEFA. Sam udział to gwarancja 12 mln euro dla każdego zespołu. Triumfator maksymalnie ma do wyciągnięcia 54,5 miliona. Do tego dochodzą pieniądze z telewizji, najwięcej spośród 482,9 mln euro, rozdzielą między siebie 4 kluby z Premier League, około 100 milionów.
Finał, już po raz czwarty w historii, odbędzie się na stadionie San Siro w Mediolanie. Ostatni pojedynek stoczono tam 23 maja 2001 roku, kiedy to Bayern Monachium pokonał Valencię po rzutach karnych. Najbardziej utytułowanym klubem jest Real Madryt, który trzynastokrotnie dochodził do finału, wygrywając dziesięć razy. W klasyfikacji państw Hiszpanie są liderem, gdyż do zwycięstw Królewskich swoją cegiełkę dołożyła Barcelona, triumfując pięciokrotnie.
W gronie faworytów jak zwykle potentaci- Barca, Bayern, Real, Manchester City, Chelsea, PSG, MU, Atletico i Juventus. Skład Monachijczyków czy Paryżan robi wrażenie, zostały uzupełnione pozycje, na których znajdowały się najsłabsze ogniwa. Douglas Costa okazuje się lekiem na całe zło, przy kontuzjach Ribery'ego oraz Robbena. Di Maria... Z nim w składzie można zawojować wszystko. Początek rozgrywek w wykonaniu Chelsea czy Juve nie jest udany. Patrząc na historię Mourinho, trzeci sezon w klubie zawsze jest dla niego najtrudniejszy. Bianconeri natomiast wpadli w kryzys. Oby tylko nie okazało się, że zanim z niego wyjdą, wylądują poza burtą Ligi Mistrzów. Potrzeba czasu na to, aby wkomponować w zespół nowe puzzle.
Na zakończenie o Barcy. Nikomu nie udało się wygrać Champions League dwa razy z rzędu. Kto może to zrobić, jeśli nie zespół, który w ostatniej dekadzie odbierał trofeum czterokrotnie? Póki co, do końca 2015 roku, Blaugrana będzie wygrywała minimalnym nakładem sił. W związku z nakazem transferów jest to słuszna strategia obrana przez Luisa Enrique. Wiosną, gdy do gry wrócą Arda Turan i Aleix Vidal, zespół pójdzie na całość. Zagra futbol radosny, ukazując cały swój entuzjazm. Możliwe, że 28 maja przyszłego roku, staniemy się świadkami kolejnego historycznego wydarzenia. Byłoby to wspaniałe zakończenie sezonu przed Euro, na którym miejmy nadzieję, nie zabraknie naszej reprezentacji. Po ostatnim pogromie Gibraltaru 8:1 wciąż znajdujemy się na drugim miejscu w tabeli. Na moim blogu oczywiście nie zabraknie całego podsumowania eliminacji. Kluczowe mecze już za niespełna miesiąc...

04 września 2015

,,Reprezentacje"

Temat tygodnia

Dzisiaj, 4. września zmierzymy się we Franfurcie z aktualnymi mistrzami świata. O dziwo, to my przystąpimy do tej rywalizacji jako lider grupy D. W sześciu meczach zanotowaliśmy 4 zwycięstwa oraz 2 remisy, nie ponosząc żadnej porażki. Patrząc na historię dotychczasowych potyczek eliminacyjnych na wyjeździe z Niemcami, w trzech meczach nie potrafiliśmy im wbić ani jednego gola. Dwie przegrane po 0:1, w tym pamiętna w meczu na wodzie w MŚ 74'. Zanotowaliśmy także bezbramkowy remis w Hamburgu w 1971 roku. Natomiast oglądając 9 lat temu spotkanie w Dortmundzie w ramach Weltmeisterschaft 2006, nie przypuszczałem że doczekamy się takiej generacji piłkarzy. Pierwszy raz to my jesteśmy wyżej w tabeli od zachodnich sąsiadów, rywalizując z nimi bezpośrednio w kwalifikacjach. Na pewno wpływa to na większą koncentrację Niemców na zrobienie wyniku, z drugiej strony nie odczuwamy takiej presji, która towarzyszy gospodarzom. Za każdą postawioną złotówkę za zwycięstwo naszej reprezentacji można zarobić od siedmiu w górę, sięgając nawet do kursu 9-1. To pokazuje kto jest zdecydowanym pewniakiem do wygranej na Commerzbank Arena. Dlaczego ma więc się nie udać? Jeśli już to dlatego że, nie oszukujmy się, Niemcy prezentują wyższą jakość. Poza tym może okazać się, że limit szczęścia już się wyczerpał. Bądźmy jednak dobrej myśli, ponieważ sami dysponujemy siłą w ofensywie, która jest w stanie przeprowadzać zabójcze kontry. Miejmy nadzieję, że nasi zawodnicy pokażą boiskowe cwaniactwo i uda się utrzeć nosa faworytom pojedynku, przynajmniej remisując.

W innych grupach

Walka o finały Euro 2016 wkracza w decydującą fazę. Wczoraj ruszyła siódma kolejka gier i już możemy mówić o prawie pewnej sensacji. Otóż Holendrzy zagrają co najwyżej w barażach. Po porażce z Islandią mają 6 punktów straty do Czechów, a 8 do piłkarzy z wysp, którzy wygrywając u siebie w niedzielę z Kazachstanem, przypieczętują promocję. W grupie B zwycięstwa odniosły Belgia, Walia oraz Izrael, niewesoła sytuacja panuje w drużynie Bośni, która oddala się od miejsc premiowanych awansem. W grupie H doszło do jednej niespodzianki, gdyż naszpikowana gwiazdami Chorwacja wywiozła tylko punkt z gorącego terenu w Baku. Druga była blisko, jednak Włosi ograli u siebie Maltę 1:0. Męczarnia, o której chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Tak można najlepiej ująć to spotkanie. Abym tylko nie musiał napisać tego samego po naszym poniedziałkowym pojedynku w Warszawie z Gibraltarem...

25 sierpnia 2015

,,Barcelona"

Uprzejmość w Hiszpanii i w Polsce to niebo a ziemia. Ludzie są bardziej serdeczni i życzliwi niż jak u nas. Podczas tygodnia, który spędziłem w stolicy Katalonii dało się to zauważyć. Całą podróż uznaję jednak za bardzo udaną. Spełniłem swoje wielkie marzenie jakim było wybranie się na mecz Blaugrany. Nie udało się zdobyć Supercopa, jednak znakomite wrażenie pozostanie. Mógłbym dużo napisać o tym co zwiedziłem i zobaczyłem, ale kogo jako kibica interesuje w Barcelonie coś poza Camp Nou oraz klubowym muzeum? Przeciętnemu turyście może tylko coś mówić nazwa Segreda Familia. Jedna wskazówka nasunęła mi się na myśl- jeśli jesteś fanem jakiegoś zespołu to koniecznie jedź i zobacz jak wygląda cała otoczka na stadionie, gdzie swoją siedzibę ma ten klub. Mecz od kuchni to zdecydowanie dobre posunięcie. I niezapomniane przeżycie. Widzisz wszystko jak na dłoni, piłkarze poruszają się jeszcze szybciej niż w telewizji, serio dostrzegłem to w przypadku ostatniego triumfatora Ligi Mistrzów. Szczęśliwie w narożniku przy mnie, przedmeczowy rozruch zarządzony miały gwiazdy z Messim na czele. Osobiście zdziwiło mnie to, że rozgrzewka Barcy trwała niecałe 20 minut. Ale maszyna to maszyna, gwiazdy też miewają swoje kaprysy, w końcu płaci się im za grę. Dani Alves, którego zdjęcie zaprezentuje poniżej, przyjechał ze swoim kierowcą 1,5 godziny przed meczem. Wszystko fajnie, tylko ta głośna muzyka rozbrzmiewająca z jego auta, raczej nie pozwalała należycie się skoncentrować na odrobieniu strat z Bilbao. Rezultat w rewanżu mógłby być inny gdyby antybohater spotkania, Gerard Pique, otworzył wynik spotkania w siódmej minucie. Niestety trafił tylko w poprzeczkę, a ta z minuty na minutę podnosiła skalę trudności zdobycia czterech bramek coraz wyżej. Ważne, że chociaż w lidze Barca zrehabilitowała się na San Mames. Jedyny raz sposób na Iraizoza znalazł Suarez. Zagrała już bez sprzedanego do Chelsea Pedro, a ten zaczął spłacać wydane na niego 27 milionów euro, strzelając gola w debiucie. Takim osiągnięciem może poszczycić się też Ronaldinho, który 12 lat temu z Sevillą zdobył swoją premierową bramkę dla Dumy Katalonii. Wspominam o tym, ponieważ mieliśmy w pokoju możliwość oglądania archiwum meczów na kanale Barca TV. Szkoda, że tutaj nie mogę być z tymi wiadomościami na bieżąco. Przynajmniej będę monitorował sytuację w Fantasy Premier League, w którą wciągnął mnie Karol. Po trzech kolejkach nie odpalili póki co ci, którzy powinni nabijać punkty. W przeciągu całego sezonu powinno się to jednak zmienić.